Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 4.

 

Przygody Gabrysi miały miejsce zawsze gdy tylko zostawała pod czyjąś opieką. Laura i Michał prowadzili własną firmę, rozkręcające się biuro podróży wykorzystując znajomość języków obcych nabytą na studiach. On z wykształcenia filolog włoski i niemiecki, ona po studiach z języka hiszpańskiego i angielskiego. Chociaż Laura zostawiała niespełna roczną Gabrysię tylko pod opieką najbliższej rodziny i tylko w ostateczności, takie sytuacje zdarzały się od czasu do czasu. Po raz pierwszy Laura okazała się niezbędna w biurze, podczas wizyty właścicieli hiszpańskiego hotelu, którzy chcieli nawiązać bliższą współpracę, a że byli po raz pierwszy w Polsce liczyli na towarzystwo i wsparcie swoich polskich partnerów. Wtedy też mama Gabrysi zdecydowała się zostawić malutką na dwie godzinki ze swoją kuzynką Edytą. Pod każdym względem wydawała się najlepszą kandydatką na opiekunkę: odchowała własne dzieci, z których najmłodsza – Klaudia chodziła już do trzeciej klasy szkoły podstawowej. Kuzynka była dla Laury przewodniczką w początkach macierzyństwa, a jej doświadczenie okazało się wielokrotnie bezcenne. Pomagała wybierać odpowiednie kosmetyki do pielęgnacji niemowlęcia, uczyła jak stopniowo wprowadzać gluten przy rozszerzaniu diety. Ze swojej strony Laura była dla Edyty oparciem w najgorszych i najtrudniejszych chwilach. Słuchała gdy kuzynka chciała się otworzyć, pocieszała, dodawała otuchy. Z żadnej książki, ani filmu czy nawet podręcznika naukowego Laura nie dowiedziałaby się tyle na temat depresji. Gdyby nie widziała na własne oczy jak zawsze pogodna i pełna życia, inteligentna kobieta zmienia się we wrak człowieka nie uwierzyłaby. Ironią losu był fakt, że Edyta z wykształcenia była psychologiem.  


Ponad pięć lat balansowania na granicy życia i śmierci pozostawiło ślady na twarzy trzydziestosiedmioletniej kobiety w postaci bruzd i poprzecznej zmarszczki na czole. Zawsze aktywna, śpiesząca z pomocą innym, organizująca zbiórki i akcje charytatywne Edyta w pewnym momencie swojego życia sama potrzebowała pomocy. I niestety nikt nie umiał jej tego wsparcia udzielić. Kiedy już wyszła „z piekła” Edyta sama postanowiła zapełnić tę lukę w działalności charytatywnej i założyła pierwszą w kraju fundację organizującą terapię i grupy wsparcia dla kobiet cierpiących na depresję.


Klaudia podobnie jak pozostałe dzieci Edyty i Kacpra była „dzieckiem zagrożonym”, czyli takim które bardzo szybko i niepostrzeżenie może zmienić status na „dziecko utracone”. Wszystkie ciąże przebiegały podobnie, na początku wszystko szło książkowo aż do ok 20 tygodnia, kiedy okazywało się, że „poród może nastąpić w każdej chwili”. Kiedy mama Klaudii po raz pierwszy usłyszała taką diagnozę od swojego lekarza była na rutynowym badaniu. Do tej pory wszystko szło dobrze, rozmawiała z dzieckiem, odpowiadała mu o tym gdzie idą co aktualnie robią. Była z nim związana więzią matczynej miłości, chciała otoczyć opieką, zapewnić bezpieczeństwo. Nie miała żadnych objawów, które wskazywałyby, że dzieje się coś złego. A jednak lekarz był pewien. Nakazał leżenie i zażywanie leków podtrzymujących ciążę. Wtedy w gabinecie o białych ścianach zapełnionych grafikami ukazującymi poród i z małym okienkiem w górnym lewym rogu dla Edyty zawalił się świat. Czytała wiele na temat rozwoju dziecka w łonie matki i wiedział doskonale jak znikome szanse na przeżycie ma dziecko urodzone w 20 tygodniu ciąży. Z każdym tygodniem jego szanse wzrastały ale tak naprawdę dopiero po 33 tygodniu można było mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Wcześniaki – czyli dzieci urodzone przed ukończeniem 37 tygodnia ciąży mogły mieć różnego rodzaju powikłania, problemy z oddychaniem, były bardziej chorowite, słabsze. Najgorsze było to, że tak niewiele dało się zrobić by ocalić maleństwo. Trzeba było czekać, mieć nadzieję i co położy się cieniem na reszcie jej życia –  leżeć i brać leki powstrzymujące skurcze macicy. Kiedy wychodzili tego pogodnego kwietniowego dnia z gabinetu lekarza Edyta nadal była w szoku. Nie potrafiła nic powiedzieć. Nie mogła płakać. Po prostu nie wierzyła. Ta myśl, że jej ukochane dziecko może w każdej chwili umrzeć torowała sobie drogę do jej umysłu przez następne dni. Leżała, praktycznie nie wstawała, poza rzadkimi wyjściami do łazienki, czytała książki, modliła się. Nie mogła zrozumieć dlaczego, dała dziecku wszystko, zdrowa dieta, kwas foliowy, spokój, spacery na świeżym powietrzu. Od samego początku dbała o to by maleństwo miało wszystko co najlepsze, zrezygnowała ze wszystkiego co lubiła a mogło nie być dla dziecka dobre. Choć miała niepohamowaną ochotę na łyk coli nie wzięła jej do ust.  Lekarz nie potrafił określić przyczyny, albo nie mówił jej wszystkiego, tej kwestii nie udało się jednoznacznie rozstrzygnąć. Szczupły, starszy i bardzo doświadczony, mówił najgorsze rzeczy wprost spokojnym kojącym głosem z łagodnym wyrazem twarzy. Jego niezmącony spokój nawet w obliczu niebezpieczeństwa działał na Edytę kojąco.


Kolejne trzy miesiące były jak podróż wagonikiem po urwistym zboczu codziennie w dół,  z każdym dniem czuła się gorzej z każdym dniem bała się utracić nadzieję. Kolejne wizyty u lekarza, badania USG przynosiły coraz bardziej niepokojące wyniki i Edyta widziała jak lekarz spogląda z niedowierzaniem na nią jak by spodziewał się , że dziecko zaraz zacznie domagać się wypuszczenia z tak spokojnego i bezpiecznego miejsca jak brzuch matki. Na swoją zgubę zresztą. I choć w żartach mówił, że maleństwo nie może doczekać się by zobaczyć rodziców, to widziała w jego oczach poruszenie i błysk. Kiedyś mruknął ni to do niej ni to do siebie „ Czasami woda się już nie mieści, a wciąż się nie wylewa, powinna się przelewać ale się nie wylewa”. W tym czasie Edyta otrzymała w liście od zaprzyjaźnionej mamy medalik i pasek św. Dominika. Była zdeterminowana by zrobić wszystko aby uratować ukochanego maluszka. O dziecku którego płci nie chcieli poznać zawsze myślała dzidziuś, maleństwo. Gdzieś na portalu przeczytała „ Znać płeć dziecka przed urodzeniem to jak znać wynik meczu przed jego rozpoczęciem” w duchu przyznawała rację i bardzo lubiła wysłuchiwać różnych teorii na temat maleństwa. Zdania oczywiście były podzielone, zazwyczaj zgodnie z tym jakie preferencje miał dany członek rodziny. Jej brat od początku powtarzał, że to na pewno chłopiec, z którym razem będą sterować helikopterami i chodzi na gokarty. Tym, jak długo przyjdzie poczekać na ten etap w życiu przyszłego chłopca zaaferowany wujek nie zamierzał się przejmować. Babcia natomiast marzyła o dziewczynce, którą będzie można stroić w śliczne zwiewne sukienki, buciczki zdobione kwiatkami i zaplatać warkocze wiązane lśniącą wstążką. Edyta i Kacper oficjalnie nie mieli preferencji, jednak gdzieś na samym dnie serca kobieta przechowywała swoje marzenie. Sama nigdy nie miała siostry, a książki i filmy podpowiadały jej, że musi to być cudowne doświadczenie. Mieć powiernicę, przyjaciółkę która nie zniknie jak jej najbliższa koleżanka w przedszkolu a potem najbliższa koleżanka w szkole. Choć wydaje się to mało prawdopodobne, statystyki zawodzą gdy chodzi o samo życie. Dwie najbliższe jej w okresie dzieciństwa koleżanki zniknęły nagle i niespodziewanie przeprowadzając się w inne miejsce. Po wyjeździe Ani w pierwszej klasie szkoły podstawowej Edyta nie zdołała już przed nikim się otworzyć, ani nikomu zaufać. Strach, że gdy tylko ktoś stanie się jej bliski to zniknie pozostał przyczajony na skraju umysłu, tam gdzie jeśli tylko się da nie chcemy zaglądać, „z tyłu głowy”. Po cichu miała nadzieję, że może będzie mieć jeszcze siostrę, ale stało się inaczej i teraz pragnęła mieć dwie córeczki. Chciała by miały w sobie nie tylko towarzyszkę dziewczęcych zabaw ale i oparcie w różnych etapach młodzieńczego a potem i dorosłego życia. Nie przyznawała się jednak do swoich pragnień ani przed sobą ani przed mężem. Wiedziała, że dzidziuś już wie kim jest i dawała mu swoją pełną akceptacji, bezwarunkową miłość.