Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 10.

 

Pierwszym pomysłem na jaki wpadła Gosia po powrocie do Polski było zaproponowanie Adriannie spotkania z Laurą i Edytą. Dziewczyny przegadały ze sobą jeden wieczór i część nocy, ale na tym się nie skończyło. W krótce kuzynki odwiedziły mamę Zosi w jej przytulnym domku i postanowiły opisy swój pierwszy dzień nowego życia, a więc pierwszy dzień kiedy wyszły z domu i chwiejnym krokiem czując jak świeże powietrze uderza im do głowy szły gubiąc po drodze łzy. To były zupełnie inne łzy niż te, które wsiąkały w poduszkę tak szybko jak by nigdy ich nie było. To były łzy szczęścia. Być może to właśnie czują ludzie wypuszczeni z więzienia, gdy „inne” życie od którego odwykli zaskakuje ich eksplozją wrażeń. Jak szybko i łatwo można odzwyczaić się od normalności od codzienności. „Dopiero wtedy zrozumiałam sens słów „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”” – powiedziała Laura. Codzienne wyjście do sklepu po chleb, ser czy sok ; chwile na przystanku gdy w oczekiwaniu na autobus przyglądasz się ludziom stojącym obok i snujesz domysły jakie mają marzenia, do czego dążą; te momenty gdy biegniesz na skróty przez park by zdążyć na ważne spotkanie i mijasz w pędzie dziecko zdziwione twoim pośpiechem, dziecko którego świat donikąd się nie spieszy. To jest nasz chleb powszedni, bez którego umieramy z głodu, bez którego jak się okazuje nie sposób żyć. To wspaniały ciepły okruch rozmów, nie ważnych i banalnych, które tylko przypominają Ci, że nie jesteś sam, że masz komu powiedzieć „jaki piękny dzień” albo „ale dziś mróz chwycił w nocy”. „Od tego dnia modlę się codziennie, aby nie zabrakło mi już tego chleba powszedniego” – wspomniała Laura i spojrzała w oczy przyjaciółek. Rozumiały. Naprawdę „to” rozumiały. Wiedziały jak to jest kiedy „zaczynasz nowe życie”, nie dlatego, że Ty chcesz coś zmienić, że postanawiasz o własnych siłach żyć inaczej niż do tej pory. Nie. Zaczynasz nowe życie dlatego, że Ktoś dał Ci szansę i kazał odsunąć kamień przy twoim grobie i powiedział „wyjdź na zewnątrz!”.  

 

„Kiedyś spotkałam człowieka, który chciał być adwokatem”- zaczęła Edyta. „Studiował prawo i znał doskonale paragrafy kodeksu karnego i cywilnego. Pewnego dnia postanowił sprawdzić jak to jest być w więzieniu, jak się czuje człowiek zamknięty w czterech ścianach. Zdecydował, że nie będzie wychodzić z domu przez trzy dni. Przeżył prawdziwy szok. Nie spodziewał się, że to może być tak trudne. Od tej pory zawsze mówił, że ludzie, którzy chcą wyższych wyroków dla przestępców, nie wiedzą jak straszną karą, jest jeden dzień w więzieniu.” – Edyta dobrze wiedziała, że z ich perspektywy te trzy dni, to zupełnie nic, wszystkie miały za sobą znacznie dłuższe wyroki. Wydawałoby się, że bycie w domu zmienia wszystko, a jednak nie było tak. Jedyne co to naprawdę zmieniło to fakt, że zaczęły bać się bycia w domu i nabawiły się jakiegoś dziwnego rodzaju klaustrofobii. Dobrze czuły się tylko poza domem.

 

„Kiedy szłam pierwszy raz z maleńką Zosią w wózeczku na spacer, wszystko było bardzo intensywne. Głosy ludzi, silniki ruszających z pod bloku samochodów, szelest liści pod stopami. Czułam się jak bym stawiała pierwsze kroki. Chodzenia się nie zapomina, jest jak jazda na rowerze.” – Adrianna puściła oko do dziewczyn. „Liście pachniały jak nigdy dotąd, słyszałam echo kroków przechodniów, a wszystko to było niczym w porównaniu z widokiem nieba. Tak tego mi przez te wszystkie miesiące brakowało. Błękitu poprzecinanego białymi nitkami wyznaczającymi ślad drogi samolotu, blasku słońca i chmur gnanych wiatrem, o których pieśniarz i poeta Aleksander Galicz mówił, że płyną nie znając granic łagrów”. „Płakałam opowiadała dalej mama Zosi, a szczęście zapierało mi dech i nie wierzyłam, że to jeszcze jestem ja, ta która to wszystko czuje. Myślałam, że stopiłam się już z tym zapachem, dźwiękiem i obrazem, które składa się na jedno słowo „Życie”. A jednak szłam i nogi były moje. Słabe, wycieńczone z mięśniami dla których każdy krok był jak dla sportowca wysiłkiem wymagającym pełnej koncentracji i skupienia. Każdy krok i każda łza była świętem życia, nowego, ocalonego. Piękne było wszystko: choć była późna jesień, słabe światło zasnute mgłą, wiatr już chodny. Każdy krok przy którym spinały się mięśnie, przeszywał dziwnym dreszczem. Radość i niedowierzanie: chodzę, znowu chodzę..”. Adrianna zamilkła pogrążając się we wspomnieniach. Wtedy Laura spojrzała na swoje nogi, i rzuciła lekko zaczepnym tonem „A następnego dnia miałam zakwasy”. Wszystkie wybuchły śmiechem, choć doskonale wiedziały, że to prawda. Pierwszy spacer, tylko po prostym, dla każdej z nich był nie tylko niezwykle emocjonujący ale i wyczerpujący. Potem było jeszcze pierwsze wchodzenie po schodach, pierwsza wycieczka do najbliższego sklepu. Każdy z tych „pierwszych” – „nie pierwszych” razy, wnosił nowe poczucie siły i mocy, panowania nad swoim ciałem, „odzyskanego gruntu pod nogami”. Każda z wypraw była kolejną cegiełką mającą odbudować poczucie własnej wartości. Nigdy jednak sens istnienia i siła życia nie była odczuwalna z taką mocą jak wtedy, pierwszego dnia, gdy mogły wyjść z domu. Zobaczyć, że świat istnieje dalej, niewiele się postarzał za czasów ich izolacji i że ma wiele do zaoferowania. Nigdy myśl, że życie jest dobre nie wydawała się kobietom tak prosta, pewna i prawdziwa.