Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 9.

 

Gosia poczuła, że kobieta podaje jej coś do ręki. Kilka złożonych kartek. Zapytał wzrokiem sąsiadkę, czy może zobaczyć, co jest tam napisane. Potwierdziła lekkim skinieniem głowy. Gosia zaczęła czytać nie wiedząc za bardzo czego się spodziewać. Miała jednak świadomość, że niespełna godzinę temu poznana kobieta chce jej powierzyć jakiś sekret. Czytała:

 

„Mówiłam „wstanę” i wstawałam. Ponieważ mogłam tylko lekko podnieść się na poduszkach, więc to robiłam. Potem mówiłam „przebiorę się” i zmieniałam nocną koszulkę na bluzkę i dresowe spodnie. Chociaż noc nie wiele różniła się od dnia, jednakowo wypełniona leżeniem, odpędzaniem natarczywych, upiornych myśli, oto rytuał został dokonany. Można było powiedzieć, że zaczynam dzień. Czasami modliłam się od razu różańcem, w inne dni tylko „Pod Twoją Obronę”. Nie miałam na ścianie zegara, poprosiłam męża by go zdjął odkąd zaczęłam zerkać na niego częściej niż co 3 minuty. Czas w ogóle nie chciał płynąć na przód. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że metoda koncentrowania się na chwili jest tak szeroko znana i tylu pisarzy już o niej wspomniało, tylu terapeutów ją polecało. Po prostu myśl, że miałabym tak tkwić wsłuchując się w ruchy dziecka, które w każdej chwili mogą zaniknąć przerażała. Małego kochanego dzidziusia, który na badaniach USG pokazywał jak dobrze się bawi uciekając przed wścibską aparaturą. Na jednym z badań, na początku drugiego trymestru widziałam jak stópką drapie się w czoło. Ruchliwy, wiercipięta, albo wiercipiętka. Dzień nigdy nie wydawał się tak długi, jak by coś zmieniło się w ruchu Ziemi, tylko nikt tego nie zauważył. Mąż nadal nie mógł nadążyć z obowiązkami, jeździł na zgrupowania. Sąsiadka wpadała rano podać mi śniadanie, biegła potem szybko na pocztę, gdzie pracowała rzuciwszy tylko krótkie dzień dobry i smacznego. Była 730 i nie potrafiłam sobie wyobrazić w jaki sposób mogłabym się przeczołgać przez ten dzień. Gdyby ktoś mi powiedział, że takich dni będzie więcej od razu czas by stanął bo miałabym zawał i wreszcie tą ciągnącą się niewyobrażalnie nitkę czasu coś by przecięło. Nigdy nie pozwoliłam sobie na takie myśli, skoncentruj się na chwili powtarzałam i dawałam sobie tylko 5 minut do przeżycia jako cel i zadanie. Nadać sens, tylko 5 minut, dasz radę. Brałam książkę, zaczynałam modlitwę, dzwoniłam do kogoś kto mógł może mieć ochotę na rozmowę. Nie miałam sił by utrzymać książkę tak długo, więc robiłam przerwy dwie minuty.. jedna. Nie miałam zegarka, miałam komputer. Nie patrzyłam jaki czas pokazuje. Zaglądałam na strony, przeglądałam zdjęcia. Znowu telefon, znowu nikt nie odbiera. O czym będziemy rozmawiać? Nie zastanawiałam się, byleby usłyszeć głos, przerwać swoje prywatne „sto lat samotności”. Ludzie chcą usłyszeć radość, nie mów jak się czujesz naprawdę – ostrzegał mnie wewnętrzny głos. Nie chciałam go słuchać, nie chciałam kłamać. „Znajdź biedniejszych od siebie” czytałam i szukałam ludzi, którym mogę pomóc. Przykuta do łóżka, jak? Akcje charytatywne, klik, codziennie jeden tylko dozwolony, ale każdy przynosi jakąś kwotę chorej osobie, albo takiej która czeka na pieniądze na operację. Więc klikałam po kolei: dla dziewczynki z wadą serca, dla chłopca, któremu grozi amputacja nóżki, dla poparzonego mężczyzny. Jeśli były pieniądze na koncie to czasem szły przelewy, zawsze modlitwa. Minęło pół godziny. Dzięki Bogu. To cud.

 

Jeszcze 5 minut, skoncentruj się na teraźniejszości. Czytałam artykuły, Biblię. „W chorobie można tyle nadrobić, gdy życie wymusza na tobie by zwolnić, możesz czytać tyle ile nigdy byś nie przeczytała gdybyś normalnie spełniała codzienne obowiązki” – powtarzałam sobie przez pierwsze dwa tygodnie. „To jak rekolekcje”, „próba” – powtarzałam przez kolejny, trzeci tydzień leżenia w samotności. Nikt mi nie powiedział, że codzienna rutyna, błogosławiona radość gdy można normalnie umyć zęby to największy cud i skarb. Nie mówiąc o wyjściu z domu, krótkim spacerze na przystanek autobusowy. Ziemia pod stopami, cudowne uczucie, gdy ciało jest w pozycji wertykalnej. „Nie myśl o tym” – karciłam się i porzucałam marzenia o „zwykłych” małych codziennych radościach. Nalać sobie szklankę wody, sama o własnych siłach – Boże. Pancerz umysłu musiał być szczelny, żadnej przestrzeni dla takich marzeń, skup się na tym co możesz. Zrób listę tego co możesz robić. W myślach przewijałam jak film, mogę słuchać, mówić, dotykać, mogę czytać. Kolejny telefon, tym razem niecierpliwe „słucham” z drugiej strony i głos więźnie w gardle. O czym będziemy rozmawiać, kochana przyjaciółko? O twoim dniu w szkole z dziećmi. Chętnie posłucham. I tylko nagle przy opowieści o Radku, który spadł z krzesła „bo wiesz on jest trochę upośledzony” – łzy same puszczą się z oczu. Czy takie życie dla mojego maleństwa? Minęły trzy godziny. Ostatnia przepłakana, nie szkodzi. Jest dobrze, wytrzymać jeszcze 5 minut. Uda się, zobaczysz, nic trudnego. Nie opowiadaj swojej historii nikomu, powtarzałam sobie. Nikt nie przychodzi bo nie śmiejesz się, musisz poćwiczyć. Biorę ołówek, podobno to działa, tak się ćwiczy mięsnie, gdy nie potrafisz się uśmiechnąć. Nie myśl, o dzieciach które rzucały w Radka klockami, bo „się głupio uśmiecha”. Nie myśl. Nic prostszego. Ołówek w ustach, widzisz udało się, to nie wygląda jak uśmiech, ale może kogoś tym rozbawisz. Nikt nie przyjdzie. Za cicho tu, może gdyby była muzyka, ktoś by wpadł, poprosić, żebyś ściszyła. Spróbuj. Radio zaczyna grać, nie będzie słychać płaczu. Łzy. Za dużo łez. Minęło znowu pół godziny, bardzo dobrze, jeszcze tylko 5 minut. Wytrzymasz 5 minut, nic prostszego. Okno jest tak daleko. Nie, ono jest nawet całkiem blisko. Parę kroków i już spokój. Dziecko będzie ocalone. Szczęśliwy piękny aniołku, ocalę cię prze drwiną i bólem, przed wstydem i bezsilnością. Ty nie wiesz jeszcze, że cierpienie nie ma dna. Nie dowiesz się tego nigdy. Ocalę Cię. Ty pójdziesz do nieba, ja się nie liczę. Okno jest nawet całkiem blisko. Gdyby zacząć się czołgać, potem chwycić rękami parapetu, może starczyłoby sił.

 

Dzwony, na Anioł Pański. Dzięki Bogu, że mieszkam w kraju gdzie można je usłyszeć, o 12 w południe, leżąc na swoim własnym łóżku, w swoim własnym pokoju. Zbyt wielu ludzi nie ma własnego pokoju, zbyt wielu ludzi nie ma własnego łóżka. Modlitwa zawsze ma sens. Za tych, którzy nie mają pokoju ani łóżka, za tych którzy widzieli jak ich dom płonie od bomby lub pożaru wznieconego przez wrogie plemię. Żadna matka nie może się domyślać ile będzie radości a ile goryczy w życiu jej dziecka. Chcemy je obdarzyć wszystkim co najlepsze. Musimy pozwolić by zostało porwane w wir życia. Ocalę Cię, mój piękny aniołku przed brakiem szansy na poznanie tego czym jest wiatr we włosach. Pokażę Ci kiedyś bezkresne niebo, bezkresne pola i morze błękitne, granatowe, sino-szare. Będę śpiewać Ci kołysanki, nawet jeśli nie wiele zrozumiesz, lub niewiele usłyszysz. Będę udawać odgłosy zwierząt, naśladować gdakanie kury, kwakanie kaczki. Będę przykrywać cię miękkim, malutkim kocykiem w kratkę i wycierać nosek delikatnie białą chusteczką. Będę masować ci dziąsła gumową szczoteczką gdy zaczniesz zmagać się z pierwszymi ząbkami. Może kiedyś usłyszę jak śmiejesz się gdy gołębie będą biegać na naszym podwórku wydziobując sobie okruchy chleba. Teraz muszę przeżyć 5 minut. Tylko tyle, cóż to jest?”