Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 8.

 

Gosia nie mogła jednak dłużej pozostać za granicą, nie chciała pozostawiać swojego studia na tak długo. Upomniała się o nią proza życia. Gdyby miała pozostać w Dublinie musiałaby znaleźć tam pracę i prawdopodobnie jej zamknięte na cztery spusty studio przestałoby istnieć. Wiedziała, że nie zostawia Tomka samego, był pod opieką siostry i dobrego lekarza a współpraca z detektywem była dla niego codziennym źródłem nadziei. Z tej znajomości wyniknęła zupełnie nie spodziewana praca dla jej ukochanego. Detektyw Andrzej widząc jak brat zaginionej pomaga mu w przeszukiwaniu stron internetowych, dokumentów, zaproponował aby Tomek pomagał mu również przy innych sprawach. Dzięki wzajemnej współpracy brat Justyny znalazł pracę, bo tę na budowie stracił nie przychodząc dwa dni z rzędu „do roboty”. Nie starał się też jej utrzymać pogrążony w depresji i zajęty wyłącznie poszukiwaniem siostry. Współpraca ze starszym i niezwykle kompetentnym detektywem stałą się dla niego nie tylko źródłem satysfakcji ale również i utrzymania. Zleceń Andrzejowi nie brakowało, cieszył się doskonałą renomą, gdyż jego działania były po prostu skuteczne. Zawsze, prędzej czy później wywiązywał się z zadania. Gosia żegnała się z Tomkiem na lotnisku pewnego pochmurnego listopadowego dnia, gdy niebo było pokryte szaro-gołębią barwą a nieokreślony półmrok panujący przez cały dzień powodował, że bez zegarka nie sposób było odgadnąć pory dnia. Dziewczyna obiecała, że przyjedzie, oboje, że będą dzwonić. Tym razem żegnali się z nadzieją w sercach, wszystko wskazywało na to, że odbili się od dna, że teraz może być już tylko lepiej. Siedząc w samolocie i spoglądając w bezmiar błękitu za oknem dziewczyna wierzyła, że Justyna się znajdzie, wszyscy razem wrócą do Polski, i.. wtedy wreszcie ona i jej ukochany mężczyzna założą rodzinę. Tak mocno wierzyła, że najgorsze już za nią, że nawet burza i turbulencje nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Inaczej było z siedzącą obok niej, na kolanach mama malutką dziewczynką. Dziecko piszczało przy każdej wstrząsie a gdy przez chwilę samolot leciał stabilnie dziecko drżało tylko wtulając głowę w miękki, moherowy sweter swojej mamy. Na oko dziewczynka mogła mieć trzy lub cztery lata i zrozumiałe, że burza podczas lotu mogła ją wystraszyć. Taki atak paniki wydał się jednak Gosi niepokojący. Przyjrzała się twarzy dziecka i już od razu wiedziała, mała była upośledzona psychicznie. Przeszył ją dreszcz. Małe niewinne dziecko zamknięte w swoim obcym i złowieszczym świecie, dziecko, które nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach nie czuje się do końca bezpiecznie. Poczuła falę współczucia i spojrzała ukradkiem na twarz siedzącej obok kobiety. Matka, około trzydziestki, twarz poszarzała, oczy opuchnięte- nie wiadomo czy ze zmęczenia czy od płaczu. Gosia sięgnęła do kieszeni, wiedziała, że ma tam paczkę cukierków, które zamierzała przy okazji podrzucić dzieciom Laury. Postanowiła jednak spróbować pomóc nieznajomej kobiecie i wyjęła cukierki pytając cicho czy może poczęstować dziewczynkę. Twarz kobiety rozjaśnił uśmiech, skinęła głową i już po chwili jej pociecha skoncentrowała się na słodkiej niespodziance przez chwilę zapominając o burzy, którą jakiś czas temu samolot pozostawił za sobą. „Jestem Gosia” – zaczęła rozmowę najprościej jak umiała. „Adrianna, a to jest moja Agnisia”. Ponieważ dziewczynka leżała spokojnie, kobiety rozmawiały szeptem opowiadając sobie najpierw skąd lecą i dlaczego a później zaczęły dzielić się tym co działo się w ich życiu. Szybko zorientowały się, że nić porozumienia jaka naturalnie między nimi powstała, to nie tylko efekt podobieństwa temperamentu, ale również ciężkie doświadczenia. Obie były po przejściach, choć nie można było porównywać historii dziewczyny Tomka z dramatem matki niepełnosprawnego dziecka. Mogły spokojnie dzielić się swoimi przeżyciami wiedząc, że z drugiej strony spotka je zrozumienie.

 

Adrianna była dwudziestoośmioletnią właścicielką cukierni, żoną zawodowego piłkarza. Piękna, inteligentna osiągnęła już jedno ze swoich marzeń – stworzyła miejsce gdzie mieszkańcy niewielkiego miasteczka chętnie spędzali czas wolny przy ciastku i kawie. Oczywiście musiała wziąć kredyt, pracowała ciężko i wszystkim zajmowała się sama. Urządziła lokal, którego zaplecze służyło jej za mieszkanie, sama piekła, obsługiwała gości, sama sprzątała. Kiedy interes zaczął przynosić zyski, zdecydowała że czas powiększyć rodzinę. Zbyszek był oczywiście jak najbardziej za, od początku kiedy go poznała lubił dzieci i marzył skrycie by mieć w domu własną drużynę małych urwisów. Kiedy zaszła w ciążę choć stało się tak szybko, ledwie zaczęli myśleć o dziecku oboje poczuli radość. Do tej pory zaangażowani w pomoc charytatywną w miasteczku, wiedzieli doskonale ile chorób i nieszczęść spada a ludzi. Nie raz pomagali kobietom samotnie wychowującym gromadkę dzieciaków. Widzieli zniszczone i zabiedzone maluchy, którym rodzice harując dzień i noc starali się zapewnić lepsze warunki. Bez efektu. Bo pensja stróża nocnego przy małym supermarkecie wystarczyłaby może na utrzymanie jednej osoby i to bez luksusów, ale na pewno nie dla siedmiu chłopców i dwóch dziewczynek. Adrianna w takich sytuacjach starała się zawsze pomóc, jak tylko mogła. Kiedy zaszła w ciążę ludzie zaczęli mówić, że to błogosławieństwo, że ich akurat powinno spotkać w życiu to co najlepsze. Adrianna nie chciała tego słuchać, choć miała nadzieję, że będzie dobrze, nie dlatego, że jej akurat się coś należy. Dlatego że gdy kobieta nosi w swoim ciele nowe życie to pragnie aby rosło zdrowe i szczęśliwe. Adrianna dbała o dziecko, odżywiała się zdrowo, codziennie pamiętała o spacerze by dotlenić nienarodzone maleństwo. W szesnastym tygodniu ciąży zaczęła wyczuwać ruchy maluszka. Najpierw delikatne, potem coraz mocniejsze. Najbardziej maluch rozrabiał nad ranem około piątej, urządzał też dłuższe harce wieczorem, kiedy wyczerpana całym dniem próbowała odpoczywać leżąc na dużym tapczanie obok chrapiącego męża. Rozmawiała wtedy z dzieckiem, opowiadała mu o rodzinie, o tym jakich ma dziadków i wujków. Powtarzała też codziennie słowa miłości, pragnąc by maleństwo odczuło jak bardzo je kocha. Czuła się coraz gorzej, była coraz bardziej zmęczona. Musiała zatrudnić kogoś do pomocy w cukierni. Czasami łapiąc oddech w drodze do jednej z samotnych matek przeszywał ją dreszcz złego przeczucia. Adrianna od najmłodszych lat miała niezwykłą kobiecą intuicję. Nieokreślony lęk pojawiał się niespodzianie i znikał tak szybko jak się pojawił. Z jednej strony odrzucała od siebie wszystkie niewesołe myśli aby dziecku nie zakłócić błogiej radości. Z drugiej jednak strony zawsze w takich chwilach modliła się za swoich bliskich.

 

To była jedna z rutynowych wizyt lekarskich, kiedy ginekolog zauważył nieprawidłowości w rozwoju płodu. Badania USG w trzecim trymestrze wykazały szereg odstępstw od normy. Zaczęły się kolejne badania, które tylko potwierdziły niepokojące objawy. Po kilku ciężkich, nieprzespanych nocach gdy płakała wtulona w ramiona swojego męża Adrianna dowiedziała się że maleństwo jest upośledzone i umiera. Wtedy coś się w niej zatrzasnęło, zastygło, stwardniało. Wszystko się zawaliło, ale kobieta już więcej nie mogła płakać. Nie potrafiła też z nikim rozmawiać na ten temat, a że nie wiele do niej docierało coraz trudniej było jej w ogóle wydusić z siebie jakieś słowa. Milczała. Lekarz nakazał odpoczynek, więc leżała i milczała. Piotrek musiał dalej pracować, więc całe dnie spędzała sama, mając pod ręką komórkę, gdyby „coś się działo”. Wsłuchiwała się w ruchy swojego dziecka, rozmawiała z nim, modliła się. Wtedy dopiero odkryła różaniec, do tej pory wydawał się jej nużący, teraz jednak pozwalał jej przetrwać wlokące się bez końca godziny, minuty. Adrianna widziała jak przyjaciele nie wiedzą jak się zachować, gdy do niej przychodzili. Jedni próbowali coś opowiadać rozśmieszyć ją, inni pocieszali, współczuli. Byli też tacy, którzy powtarzali tylko „będzie dobrze bo musi być” i „no, głowa do góry”. Te słowa najbardziej raniły. Widziała już tyle ludzkich dramatów, że mówienie, że „musi być dobrze” brzmiało jak drwina. Cóż miało znaczyć „głowa do góry”? A gdzie ona spoglądała codziennie jeśli nie w górę, czerpiąc nadzieję płynącą z wiary? Nie miała siły słuchać plotek, nie miała siły przekonywać wszystkich, że tak, oczywiście wierzy i ufa. Samotność była tym bardziej dotkliwa, że nikt nie rozumiał i nie mógłby sobie wyobrazić jak to jest żyć ze świadomością, że ukochane maleństwo może w każdej chwili umrzeć. Każdy przeżyty dzień był dla niej zwycięstwem, im bliżej terminu porodu, tym większa szansa, że dziecko przeżyje. Z każdym dniem jest przecież starsze, silniejsze, bardziej rozwinięte.

 

Agnieszka przyszła na świat trzy tygodnie przed terminem, jednego listopadowego dnia, kiedy niebo było szare, a słońce skryte pod grubą warstwą chmur nie pozwalało zorientować się jaka jest pora dnia. Stopień upośledzenia określono jako umiarkowany, ale lekarze nie chcieli młodej matce mówić co to w praktyce dokładnie oznacza. Patrząc jak Adrianna tuli swój mały skarby, wiedzieli, że tych chwil nie można zakłócać złymi wiadomościami. Piotr też cieszył się, że malutka żyje i jej stan jest na tyle stabilny, że jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Wtedy rozpoczął się dla całej trójki okres, leczenia, rehabilitacji, operacji. Szukali pomocy u specjalistów w kraju i za granicą. Właśnie wtedy, kiedy spotkała Gosię wracały do domu po kolejnej operacji. Tym razem dziewczynka miała odzyskać sprawność rączki, ale efekt zabiegu można było ocenić dopiero po rehabilitacji za kilka tygodni. Na razie wracały do stęsknionego taty.

 

Gosia pozwalała by łzy spływały potwarzy nie przerywając opowiadającej kobiecie i nie komentując jej słów. Wzięła ją tylko za rękę i pomyślała, że może ona nie powinna pozwolić by ta znajomość trwała tylko kilka godzin lotu. Zapragnęła pomóc Adriannie, tylko nie wiedziała jeszcze co może dla niej zrobić.