Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 7.

 

Na schodach Laura spotkała Edytę dyskutującą z podekscytowaniem z jakimś nieznajomym jej mężczyzną. Kuzynka dostrzegła ją kątem oka i zawołała by dołączyła do nich: - to jest mój instruktor wakeboardingu – Wiktor. Wiktor, moja kuzynka Laura. Miło Cię poznać – odpowiedziała mama i przeprosiła ich by odszukać pannę młodą. Chciała trochę czasu spędzić z Gosią, którą przygotowania do wesela tak stresowały, że dopiero teraz opadły z niej wszystkie emocje i poczuła się wreszcie jak królowa tego balu.

 

Edyta zaczęła trenować wakeboarding kilka miesięcy po zakończeniu leczenia antydepresantami. Mimo, że czuła się całkiem dobrze nie mogła przytyć. Jadła całkiem sporo, ale nowa aktywność fizyczna pochłaniała tak wiele energii, że waga wciąż pozostawała taka sama. Nadmierna chudość to problem, który zaczął jej przeszkadzać dopiero po ślubie. Wcześniej nie wyróżniała się na tle biegających w każdej wolnej chwili na siłownię studentek. Natomiast po urodzeniu dziecka w gronie walczących ze zbędnymi kilogramami młodych mam wzbudzała powszechną zazdrość. Praktycznie bez wysiłku i bez unikania pysznych słodkich deserów mogła się poszczycić świetną figurą. Nawet Laura nieraz zastanawiała się jak to możliwe, że kuzynka trzyma taką linię kiedy razem piekły smakołyki dla swoich mężów i dzieci aby później wraz z nimi smakować ciasteczka i torty. Laura widziała z jakim apetytem Edyta sięga po kolejne słodycze podczas gdy ona sama ograniczała się do kilku kęsów, gdyż jej bardzo łatwo przychodziło nabywanie kilogramów. Najpierw Edyta zapisała się na zajęcia fitness ale po kilku tygodniach okazało się, że to nie to czego szukała. Owszem mogła poprawić swoją kondycję, wzmocnić mięśnie ale brakowało adrenaliny. Wtedy poszukała w necie informacji na temat sportów ekstremalnych w Krakowie. Odrzuciła strony oferujące paintball, ponieważ nie szukała gry zespołowej. Chciała czegoś dokonać sama, poczuć, że wszystko od niej zależy. Tego jej najbardziej brakowało, widocznego efektu swoich działań. Po miesiącach pełnych wysiłków nie przynoszących żadnego efektu, pozytywnego myślenia od którego nic nie stawało się ani prostsze ani lepsze, wiary i nadziei rozbijającej się o skały realiów – niezmiennie tragicznych przyszedł czas aby zacząć dostrzegać wpływ działań na swoje życie. Wydostanie się ze ślepego zaułka gdy „nic ode mnie nie zależy” było długą i trudną drogą. Jedną z form terapii mógł okazać się sport. Kiedy przeczytała o wakeboardingu, czyli pływaniu na desce za wyciągarką wiedziała już, że to może być coś dla niej. To była alternatywa dla windsurfingu, pozwalała na niezależność od wiatru.


W Kryspinowie, w 2011 roku zostało zamontowane mobilne urządzenie służącego do wakeboardingu: Sesitec System 2.0 – Edyta czytała dalej. Oczywiście w pierwszym odruchu zadzwoniła do Laury, ale jeszcze zanim kuzynka odebrała telefon już wiedziała, że nie usłyszy w jej głosie entuzjazmu. Laura nienawidziła prędkości i wszelkie sporty ekstremalne budziły w niej tylko zdziwienie: po co to komu? Mimo, to nie starała się zniechęcać kuzynki czując, że może to się stać dla niej formą terapii, uwolnienia się od nagromadzonych negatywnych emocji, odreagowania. Laura obiecała nawet kiedyś przyjść i popatrzeć na zmagania Edyty z żywiołem wody i wiatru.

 

Laura zostawiła Edytę z Wiktorem obiecując sobie, że wybierze się w końcu, aby zobaczyć jak kuzynka trenuje . Znalezienie panny młodej nie sprawiło kłopotu – Gosia była otoczona rodziną, każdy chciał powiedzieć jej jakiś komplement. Wszyscy którzy znali ich burzliwą historię chcieli napomknąć, że zawsze wierzyli, że tak się to skończy. Gosia nie zaprzeczała, choć pamiętała dobrze jak po wyjeździe Tomka do Irlandii wszyscy postawili na nim krzyżyk. Pocieszali wtedy Gosię, ale nie dawali jej nadziei. Po co się łudzić bez końca? Czy nie lepiej zacząć żyć ze świadomością, że ten rozdział jest zamknięty? Gosia długo nie poddawała się tego rodzaju namowom, czekała na sygnał od ukochanego, na jakikolwiek promyk nadziei. Spędzili ze sobą dwa lata, choć rodzeństwo Tomka pracowała nadal w Irlandii, gdzie wyjechali po śmierci rodziców. Dwudziestopięcioletni Tomek był wtedy opiekunem swoich dwóch sióstr: Oliwii i Justyny. Bliźniaczki miały dopiero osiemnaście lat, ale chciały zacząć życie od nowa. Nie mogli zostać w domu, gdzie wychowywali się w kochającej rodzinie, gdzie każdy kąt był nasycony wspomnieniami szczęśliwego dzieciństwa. Nie mogli zostać w domu pełnym zdjęć rodziców, młodych uśmiechniętych i starszych, ale wciąż pogodnych i zakochanych w sobie. Cała trójka przeżyła ich nagłą i niespodziewaną śmierć jako grom z jasnego nieba. Nie chorowali, poza dolegliwościami związanymi z wiekiem: mamą bolało coraz częściej w krzyżu, ojciec kaszlał mocno i dostawał zadyszki wchodząc po schodach. Jak co roku pojechali na wakacje we dwoje, wprowadzili ten zwyczaj odkąd dziewczynki skończyły piętnaście lat i wolały jeździć na obozy młodzieżowe. Śmiali się że rekompensują sobie miodowy miesiąc, którego w ich życiu zabrakło po ślubie. Za pierwszym razem, gdy wrócili po tygodniu wyglądali na dziesięć lat mniej, zgubili gdzieś codzienne stresy i troski, byli pełni życia. Kiedy wyjeżdżali po raz trzeci, tydzień po hucznej osiemnastce dziewczynek żegnali się radośnie i niedbale, w końcu tydzień mija szybko i wkrótce znowu się zobaczą. Jednak stało się inaczej, rozpędzony tir wpadł w poślizg i uderzył w jadącą w przeciwnym kierunku toyotę. Oboje zmarli na miejscu, w drodze na wymarzony urlop. Było deszczowo, słaba widoczność, droga śliska.  Dziewczyny nie mogły nawet pozostać w mieście, tu również pełno było wspomnień: wspólne wyjścia do teatru, filharmonii, kina. Trudno było wyjść do Rynku i przejść choćby kilka kroków nie doświadczając napływu obrazów z przeszłości, szczęśliwej, dalekiej i bezpowrotnie utraconej. Po kilku tygodniach codziennego przesiadywania na cmentarzu przy grobie rodziców zgodnie postanowili, że muszą wyjechać. Chcieli zmienić środowisko całkowicie, język, kulturę. Oliwia znalazła ogłoszenie pracy w Irlandii do opieki nad starszą osobą i wtedy się zdecydowali. Dość szybko znalazła się również posada dla Tomka, praca na budowie. Justynie postanowili znaleźć coś na miejscu. Mieli siebie i mogli na siebie liczyć.

 

Początki były obiecujące, Justyna znalazła pracę szybko, jako kelnerka w jednym z pubów i cała trójka mogła zapewnić sobie byt w nowym świecie. Pod pozorem potrzeby zarobienia na utrzymanie i mieszkanie zaczęli brać nadgodziny. Udawali, że to naturalne, że nie spędzają ze sobą czasu, bo są zapracowani i zmęczeni. Ponieważ każde z rodzeństwa konsekwentnie unikało sytuacji w której trzeba by było usiąść przy  wspólnym stole, coraz mniej wiedzieli o swoim życiu. Bali się powrotu wspomnień, nie wiedzieli o czym rozmawiać. Nie umieli mówić o bólu, który nie mija, o życiu, które zaczęło jawić się przerażającym żywiołem. Nie potrafili także rozmawiać o głupstwach, silić się na dowcipy, które nie budzą śmiechu. Powoli tracili ze sobą kontakt. Oliwia nie wspominała o godzinach spędzonych przy łóżku płaczącej z bólu kobiety, która pokazywała codziennie zdjęcia swoich dzieci. Nie wiedziała nawet gdzie aktualnie mieszkają, ostatnia kartka imieninowa miała stempel z przed dwóch lat. Tomek nie mógł wspomnieć o przykrościach jakie spotykały go na budowie, o nieodpłatnej pracy po godzinach, którą szef nazywał „życzliwą pomocą”, a która polegała na zajmowaniu się remontem łazienki jego córki. Oboje jednak wierzyli, że ich poświęcenie ma sens dopóki dzięki niemu rodzeństwo może się jakoś uwolnić od traumy. Tymczasem najgorzej sytuacja wyglądała w przypadku Justyny. Gdyby ona sama nie była przekonana, że jest to stan przejściowy już pierwszego dnia spakowała by walizkę i uciekała jak najdalej z tego miejsca. Rola kelnerki z czasem zaczęła się przeradzać w coraz bardziej enigmatyczne zajęcie. Justyna zabawiała rozmową kontrahentów z którymi jej szef w pubie załatwiał jakieś interesy. Oprócz podawania im drinków, pilnowała aby nie spostrzegli się kiedy jej szef podawał im jakieś dokumenty do podpisania razem z rachunkiem za jedzenie i napoje. Tomek i Oliwia nic nie wiedzieli o tajemniczych okolicznościach pracy Justyny, ani o tym, że ona sama postanowiła dowiedzieć się czegoś więcej o transakcjach przeprowadzanych w jej obecności. Dlatego też, kiedy pewnego dnia dziewczyna nie wróciła do wynajmowanego przez rodzeństwo mieszkania nie wiedzieli nawet gdzie zacząć poszukiwania ani kogo w pierwszej kolejności pytać.