Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 6.

 

Laura poszła do pokoju hotelowego położyć dzieci. Starszaki padły od razu, wyczerpane emocjami i szalonymi tańcami. Kamilka ułożona na boku z rączką pod główką, jak zawsze lubiła odwrócona w kierunku ściany. Rafał na plecach z rozrzuconymi bezładnie rączkami, jakby w trakcie zabawy. Kobieta patrzyła jeszcze długo na śpiącą Gabrysię, kiedy po kilku bajeczkach i piosenkach jej zmęczone oczka się zamknęły. Kobieta odruchowo podeszła do okna i wpatrywała się w pochmurne niebo. Noc to nie był dla Laury najlepszy czas, nie zamieniała się w wilkołaka i nie wyła do księżyca, chociaż nikt nie wiedział jak bardzo by chciała wyrzucić z siebie raz na zawsze nagromadzony przez lata ból. Taka noc jak ta - pochmurne niebo, gdy na próżno szukała gwiazd stojąc na balkonie- to było zaraz po tym jak odszedł Robercik. Przed oczami wciąż miała jego malutki nosek, zamknięte oczy i rączki wymykające się spod becika w który owinęły go pielęgniarki. Pamiętała jego krzyk kiedy się narodził, a jej serce pozwoliło sobie na rzecz niewybaczalną, na jedną iskierkę nadziei – „może będzie żył?”. Robercik przyszedł na świat w dwudziesty czwartym tygodniu ciąży i ważył około 700 gram. Laura tuliła go w ramionach czując wyraźną różnicę pomiędzy nim i resztą dzieci, które dały odczuć swój ciężar. Mały chłopczyk był jak piórko, aniołek o wielkich skrzydłach i malutkim ciałku. Przywitał się z mamą i zaraz potem trafił na oddział ratunkowy. Laura była w szoku, ale nikt do końca nie powiedział jej co się z dzieckiem dzieje. Później odwiedzała go w inkubatorku, gdzie doczołgała się dosłownie leżąc na plechach Michała. Po porodzie czuła się wycieńczona i podczas gdy większość kobiet ratuje się snem ona w przerażeniu dusiła się w swoim pokoju. W końcu pielęgniarki zgodziły się by zobaczyła ponownie synka. W sali Intensywnej terapii dla noworodków Robercik leżał pośród wielu innych równie malutkich i równie bezbronnych istot. Na pytania o jego stan nikt nie chciał udzielić jednoznacznej odpowiedzi, poza koronnym „przygotować się na najgorsze”, słowa te Laura usłyszała jeszcze wiele razy. Zdecydowali się z Michałem ochrzcić dziecko. Zrobili to sami kiedy pozwolono im przytulić chłopca, dając do zrozumienia, że to powinno być pożegnanie. Laura płakała bezgłośnie a łzy cicho kapały na podłogę. Kilka minut później po włożeniu do inkubatorka, gdy stali przy nim wpatrując się w malutkie rączki i stópki chłopiec odszedł.

 

Następne dni wyglądały jak jeden potworny dzień pomnożony przez sto. Laura zachowując się jak robot zajmowała się dziećmi. Wszystko robiła automatycznie, bezmyślnie. Rytm dnia wyznaczały posiłki, dzieci muszą coś jeść: siadanie obiad kolację. Kobieta jadła wraz z nimi nie czując i nie wiedząc co je ani ile je. Nie czuła ani głodu ani sytości, nie czuła bólu ani żadnej namiastki zadowolenia czy satysfakcji gdy starszaki zdobywały nowe umiejętności. Nie czuła nic. Kiedy dzieci nie było leżała na łóżku i wpatrywała się w sufit. Nie myślała o niczym. Nie była zdolna do utworzenia w umyśle choćby jednej myśli. Kłębowisko w jej głowie całkowicie wyrwało się spod kontroli i żyło swoim życiem jak by obok. Michał zaczął stopniowo przejmować obowiązki domowe, najpierw zrobił kolację, innym razem obiad. Niewiele rozmawiali, czasem pytał ją o radę ale nie była w stanie zrozumieć jakie to ma znaczenie: „Marchewka czy pomidor do sałatki? A co za różnica?”, „Koszulka w paski czy z sarenką?”. Wzruszała więc tylko ramionami, nic nie było w stanie jej zainteresować. O dzieci troszczyła się ze wszystkich sił, nastawiała pranie, żeby miały czyste ciuszki, poiła, karmiła, tuliła. Czytała im książeczki. Jednego tylko nie była w stanie zrobić, uśmiechnąć się. Gryzła wargi, napinała policzki i nic mięśnie stały się jak by ze stali ruch tak prosty i oczywisty zablokował dziwny opór ciała. Przez chwilę pomyślała, że to jakiś paraliż twarzy, ale już w następnej sekundzie było jej wszystko jedno i na jakiś czas zaprzestała prób.

 

Wtedy z pomocą przyszła jej Edyta, przytuliła ją i opowiedziała o tym, że ją rozumie. Laura chciała krzyczeć, że nie może jej rozumieć, bo jej dzieci choć zagrożone, to jednak żyją i są zdrowe, ale nie powiedziała nic. Jej kuzynka zaczęła drżeć, nigdy jeszcze nie opowiadała swojej historii. Nie mówiła co stało się z nią,  gdy zachorowała na depresję. Mimo upływu czasu, ból na samo wspomnienie był zbyt silny, a samotność która jak piętno pozostaje po traumatycznych przejściach jest tak silna, ponieważ potęgowana świadomością niezrozumienia. Tego nikt nie może sobie wyobrazić. Dlatego dopiero teraz widząc jak Laura jest na prostej drodze do stanu w jakim ona się kiedyś znalazła Edyta postanowiła przejść przez te wspomnienia jeszcze raz. Może uda się pomóc kuzynce, wyrwać ją z tej spirali autodestrukcji.

 

Edyta przytuliła kuzynkę i opowiedziała jej o jednej z nocy, które powtarzały się miesiącami w najgorszych momentach jej życia. Jak leżała na miękkiej sofie, na specjalnie wyprofilowanej poduszce odciążającej kręgi szyjne. Nie spała. Mówiła o tym, jak bała się wieczoru, bała się samotnego leżenia kiedy wszyscy w domu spali. Wtedy było najtrudniej oprzeć się pokusie. Okno- wystarczy podejść cicho na palcach nie zakładając kapci, otworzyć powolnym ruchem – Kacper się nie obudzi ma mocny sen. Wystarczy lekko stanąć na parapecie, nic prostszego, a potem wreszcie zniknąć w ciemności. Nigdy niczego nie pragnęła tak mocno jak wtedy przestać istnieć. Och gdyby nie wierzyła w Boga nic na świecie nie zdołało by jej powstrzymać. Nie wiedziała jak to jest być na głodzie narkotykowym, kiedy człowiek jest gotów kraść i mordować byle dostać działkę o którą upominało się ciało każdą komórką. Nie wyobrażała sobie jednak by mogło to być silniejsze od pragnienia śmierci, które odczuwała wtedy. O dzieci się nie martwiła, widziała jak wspaniale bawią się z nianią. Od jakiegoś czasu, kiedy przestała być dla nich atrakcyjnym kompanem zabaw przestały zwracać na nią uwagę. Była tego pewna, nie potrzebują jej. Przestały przychodzić po buziaka na dobranoc, odsuwały się gdy chciała im poczytać bajkę, nie chciały jeść gdy je karmiła. Uciekały do niani, ona miała coś czego Edyta została pozbawiona, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – uśmiechu. Dla Kacpra była tylko ciężarem i powodem do troski. Nie miała wątpliwości – jej odejście będzie dla niego ulgą, błogosławieństwem. Nie będzie już się martwił spoglądając na jej niewidzące spojrzenie, nie będzie próbował kulinarnych sztuczek by poczuła wreszcie cokolwiek choćby smak potrawy. Nie będzie tak na nią patrzeć, z litością, jak na inwalidę, wrak człowieka. Tym właśnie była i nie potrzebowała szukać w jego oczach potwierdzenia. Edyta nie miała wątpliwości, że przez pewien czas byłoby im smutno, ale szybko życie zacznie im się układać lepiej bez takiego upiora w domu, który tylko jest dla wszystkich ciężarem i widzi, że wszystko co stara się dać z siebie jest niczym i nikt tego nie potrzebuje. Pozostała tylko jedna kwestia – Bóg. Czy w takim stanie jakim była samobójstwo można jeszcze uznać za decyzję? Bała się, że tak. Bała się piekła, bo już wiedziała jak ono wygląda, tkwiła w nim i nie mogła się wydostać. Nie chciała zostać skazana taki stan w jakim była na wieczność. Choć z drugiej strony każda minuta wydawała się już teraz wiecznością a myśl o tym, że miałaby przeżyć jeszcze dziesięć minut wywoływała ataki takiej paniki, że trzęsła się i dusiła, czując lodowaty dreszcz na całym ciele. Pozostało modlić się o śmierć skoro „żyć już się nie da a umrzeć nie wolno”. Gdyby był choć cień nadziei że Bóg wyciągnie ją z tego stanu modliła by się dalej, podobnie jak przez ostatnie trzy miesiące o uzdrowienie. Depresja ma jednak to do siebie, że nadzieja w człowieku umiera. Edyta modliła się o śmierć, wierząc, że Bóg się zlituje i nie każe jej żyć jeszcze tych piekielnych dziesięciu minut, pięciu minut, dwóch minut. Obsesja patrzenia na zegarek co dwie, trzy minuty stała się niemożliwa do opanowania. Za każdym razem kiedy miała nadzieję, że minęło choć pięć minut okazywało się, że dopiero dwie. Kiedyś lubiła czytać książki. Teraz gdy zmuszało się do czytania oczy tak piekły, a obraz się zamazywał. Nie była zdolna by odczytać choćby zdanie. Nie spała, może godzinę -dwie na dobę, nigdy więcej. Gryzła ręce, wgryzała się w piąstki, w palce, w kostki nadgarstka. Nudności nigdy nie ustępowały.

 

 „To piekło, nie wróci, to przeszłość” – powtarzała Edyta. Długo wtedy obie płakały. Długo siedziały milcząc. Następny dzień był nowym początkiem.

Laura patrząc w niebo pomyślała z wdzięcznością jak wielkim szczęściem była dla niej obecność kuzynki tamtego wieczoru. To, że nie popadła w tak ciężką depresję jak Edyta, to, że powoli zaczynała uczyć się życia od nowa. Postanowiła wrócić na przyjęcie jak najszybciej zostawiając śpiące dzieci pod czujnym okiem wypróbowanej opiekunki – Jadwisi.