Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 5.

 

Maja wbrew wszelkim rokowaniom urodziła się w terminie, zdrowa i długa jak przyszła siatkarka lub koszykarka. Mijały dni, tygodnie a w końcu miesiące i widząc jak dziewczynka zdrowo rośnie Edyta zaczynała się uspokajać. Gdy za oknem pojawiły się pierwsze oznaki wiosny w postaci słonecznych dni i jaśniejszego nieba postanowili wybrać się z półtoraroczną kruszynką do ZOO. Edyta już wtedy zaczynała nawiązywać znajomości z mamami, które przeszły przez depresję na forach internetowych. Po wielu szczerych nie raz do bólu wiadomościach przesyłanych sobie o różnych dziwnych porach dnia i nocy – młodym mamom granice między tymi pojęciami mocno się zacierają – kobiety postanowiły spotkać się w realu. Dzieci uwielbiały zwierzątka, dlatego na miejsce pierwszego spotkania wybrały ogród zoologiczny. Klara, córeczka poznanej w sieci Zofii do każdego napotkanego pieska musiała przemówić w jego języku, co brzmiało mniej więcej „hauauau”. Nie przepuściła też kotkom miaucząc tak wytrawnie, że zwierzęta zaskoczone strzygły uszami wpatrując się w mała istotę innej rasy z uznaniem. Choć wokół domu panowały już całkiem nie zimowe warunki kiedy przyjechali do Lasku Wolskiego na zielonych kępach leżały gdzieniegdzie jeszcze płaty burego, topniejącego śniegu. Powietrze też było znacznie bardziej ostre i czapki okazały się niezbędne. Synowie mamy zaledwie dwudziestodwuletniej Piotrek i Nikodem wiedzieli już co oznacza wizyta w miejskim ZOO ale dla malutkiej Mai była to pierwsza poważniejsza niż do pobliskiego parku eskapada. Półroczna dziewczynka wielkimi jak spodki oczami przyglądała się kolorowym papużkom, różowym dostojnym flamingom, tygrysowi, panterze. Prawdziwymi ulubienicami zostały dwie słonice, które popisały się zwinnością podczas wkładania trąbą do paszczy kapusty i dyni. Apetyt też miały imponujący. Po tej wycieczce w życiu Edyty nastąpił okres odwilży. Mamy wybrały się jeszcze do ogrodu botanicznego, a miesiąc później do wesołego miasteczka, które sezonowo pojawiało się na parkingu jednego z hipermarketów.    

 

Dwa miesiące później ośmiomiesięczna Gabrysia po raz pierwszy została pod opieką cioci i wylała na siebie i Edytkę wrzątek z miseczki w której podgrzewał się jej obiadek. Wszystko działo się w ciągu ułamków sekundy, Edyta chwyciła małą od razu włożyła do wanny i zdjęła zalane ubranie. Pod strumieniem zimnej wody trzymała płaczące maleństwo wstrzymując oddech przez najbliższe minuty. Nie wiedziała czy płacz spowodowany jest bólem czy raczej strachem i nieprzyjemną zimną wodą. Dopiero po dłuższym czasie wyciągnęła wciąż płaczące dziecko, osuszyła i przytuliła. Gabrysia się uspokoiła, przestała płakać. Wtedy przyszedł czas na oględziny, które dały zaskakujący rezultat: nigdzie nie było śladu po oparzeniu. Ciałko zaróżowione, żadnych bąbli, nic, zero. Laura wiedziała już, że Anioł Stróż Gabrysi to wyjątkowo utalentowana osoba i długo mu dziękowała. Wtedy zorientowała się, że wciąż ma na sobie spodnie z mokrymi plamami po wrzątku. Nie czuła jednak bólu i okazało się, że również na jej ciele nie ma śladów oparzenia. Dała Malutkiej mleczko i położyła dziewczynkę zmęczoną przeżyciami ostatniej godziny. Kiedy po dwóch godzinach snu Malutka wstała, powitała ciocię uśmiechem, który mówił, że nie było tego strachu i łez, liczy się, że jest wszystko dobrze tu i teraz.

 

Wieczorem rozmawiając o wszystkim z mężem, mama Gabrysi zastanawiała się jako to jest, że można chodzi za dzieckiem krok w krok, powyścielać cały dom poduszkami i gąbkami, pozamykać w najwyższych szafkach wszystko, co może stanowić zagrożenia a i tak nie ma sposobu by zapewnić mu 100 procentowe bezpieczeństwo. Bo coś takiego jak stuprocentowe bezpieczeństwo nie istnieje. Zabezpieczone gniazdka – oczywistość, zablokowane szuflady ze sztućcami, garnkami – jasna sprawa, rogi stołu pozasłaniane kocami – super. To wszystko nie wystarcza, bo co zrobić choćby z kanapą czy krzesłami, na które dziecko się wspina przy każdej okazji. Niektóre mamy chowają krzesła pod stołem, ale czy Maluch ich tam nie znajdzie i czy nie są równie groźne z wystającymi w górze nogami? Można dzieciaczka nie spuszczać z oka, ale podejdziesz zdjąć garnek z palnika, albo nastawić wodę na herbatę – a Maluszek bezbłędnie wykorzysta każdy moment by robić to co go najbardziej pociąga, a zazwyczaj nie jest to zabawa pluszakami, klockami czy malowanie kredkami. To ostatnie i owszem ale pod warunkiem, że po podłodze lub po ścianie. Pogodzenie się z tym, że dziecka nie da się w pełni zabezpieczyć przed bogatym spektrum zagrożeń czyhających w najbardziej zwyczajnie wyposażonym domu wydaje się czymś banalnym. Na pozór, bo w mamie budzi opór, bo choć w duchu zgodzi się, że może inne nie dadzą rady, ale ona chciałaby dać dziecku bezpieczeństwo nie na 90 i nie na 98 ale na 100 procent.  Laura się buntowała, główkowała, chowała coraz więcej przedmiotów zdobiących niegdyś półki regału do wysokich zamykanych szafek. Nie wyciągała żelazka dopóki nie miała pewności, że dzieci śpią w swoich łóżkach. Nożyczki, klej, koraliki zaczęły zajmować wąski kawałek na lodówce – miejsce niedostępne, jak się okazało do czasu. Laura kładła tam też często swoją komórkę, która nie zależnie od wysiłków mamy by przekonać dziecko do korzystania ze swojej zabawkowej wersji telefonu pozostawała jednym z najbardziej pożądanych przedmiotów. Drugim był, jak nie trudno się domyśleć pilot od telewizora.

Mieszkanie zamienione w przytulny dziecięcy pałacyk nie wytrzymało jednak naporu prezentów. Jako pierwsze wnuczęta i prawnuczęta i na dodatek pierwsze dzieci w rodzinie nawet dalszej, Kamilka i Rafał byli regularnie zasypywani prezentami. Pierwsza fala przetoczyła się w okolicach ich urodzin, potem pierwszych urodzin a im byli starsi, tym bardziej regularnie ich zabawkowy dobytek był zasilany przez odwiedzające babcie dziadków, ciocie i wujków. Ponieważ limit szaf na metr kwadratowy został wyczerpany, nie pozostało nic innego jak wprowadzić selekcję i dzielić się tym co już z bardziej potrzebującymi. Laura błogosławiła nowy kontener Caritasu jaki pojawił się pod blokiem i do którego powędrowały nie tylko plastikowe klocki i misie ale też i ciuszki z których dzieciaki wyrosły.

 

Od czasu historii z wrzątkiem aż do zagrożenia ze strony odłamka szkła zdarzyły się jeszcze dwa wypadki. Laura nie chciała jednak ich już sobie przypominać i widząc, że zbliża się Gosia uśmiechnęła się od ucha do ucha. Nie chciała pannie młodej psuć tego niezwykłego, szczęśliwego dnia w życiu. Gosia była wraz ze swoim świeżo poślubionym mężem na sesji w plenerze, w ogrodach otaczających Willę Decjusza, gdzie odbywało się ich wesele. Dopiero przed chwilą wrócili i dowiedzieli się o wypadku z rozbitymi pucharkami z lodami. Zaniepokojona panna młoda prawie biegła w stronę Laury i Gabrysi. Przyjaciółki uścisnęły się na tyle na ile pozwalała na to suknia ślubna.

- Nic się nie stało, wszystko w porządku. Gabrysia dobrze się bawi – zaczęła Laura uspokajającym głosem.

- To straszne, musiałaś być przerażona..- Gosia, nie chciała dać się tak łatwo zbyć.

- Tak, byłam, ale odetchnęłam tu i zamierzam się jeszcze dobrze bawić.

- Mogę zaopiekować się Gabrysią jeśli chcesz potańczyć z Michałem, zaproponowała ochoczo, my tu sobie pooglądamy welon – uśmiechnęła się porozumiewawczo do dziewczynki szczerze zafascynowanej długim białym kawałkiem koronkowego materiału, w który można tak fajnie się owinąć.

- Mamo chcę się pobawić z ciocią Gosią – dziewczynka już podjęła decyzję i było po sprawie.

- Powiedz, jak sesja? – jak się czujesz w roli modelki?. Laura wiedziała, że dla przyjaciółki taka zamiana miejscami stanowi spore wyzwanie. Do tej pory to ona biegała z aparatem za pięknie wystrojonymi parami nowożeńców wymyślając najkorzystniejsze dla nich ujęcia, oryginalne tło.

- Świetnie, jak na wakacjach – tylko wiesz, nie zawsze udawało mi się trzymać język za zębami. Czasami wyrwała mi się jakaś drobna sugestia. Gosia puściła oko. Jej zdjęcia zdobywały prestiżowe nagrody, umiała niesamowicie operować światłem. Nic dziwnego, że jej rady mogły przydać się nawet profesjonaliście, który zajmował się fotografią na jej własnym weselu.

- Hej dziewczyny może wspólna foteczka – wesoło zaszczebiotała Karina nadchodząc wraz z fotografem, który najwyraźniej robił na niej wrażenie nie tylko jako profesjonalista i artysta. Karina, na co dzień spokojna i opanowana księgowa po kilku drinkach stawała się rozmowna i żywiołowa. Praca nie dostarczała jej zbyt wielu wrażeń, dlatego poszukiwała ich często wyjeżdżając na zorganizowane wycieczki, gdzie zazwyczaj poznawała ciekawych ludzi. Ubrana w swoje ulubione kolory pustyni łatwo zaskarbiała sobie zaufanie słuchaczy. Nowo poznane osoby chętnie otwierały przed nią serca i trzeba przyznać, że się nie zawiodły. Karina dotrzymywała sekretów, można było na niej polegać. Jednak nie tego szukała, szukała miłości. Tak właśnie, nie romansu, nie zabawy, szukała tego jedynego, wierząc, że gdzieś jest.  

 

Laura, Gosia i Karina znały się od najmłodszych lat. Bawiły się razem, razem chodziły do przedszkola, potem szkoły podstawowej i liceum.  Wszystkie zgodnie myślały, ze pierwsza wyjdzie za mąż Gosia (chciała mieć dużą gromadkę dzieci), potem Laura a na koniec Karina. Ta ostatnia chciała mieć więcej czasu na poszukiwanie miłości swojego życia. Los chciał inaczej, bo Gosia wyszła za swojego ukochanego dziesięć lat po ślubie Laury, która miała już trójkę, nie czwórkę (ale o tym nikt nie wiedział) dzieci. Nigdy nie przestała myśleć o Roberciku - moje dziecko, co z tego, że był taki malutki, że był z nią tylko pół godziny, że odszedł?

 

Ustawiły się do zdjęcia, jak za dawnych czasów. Trzy dziewczyny. Jedna w białej sukni, koronkowej wokół szyi i na dekolcie drapowanej u dołu i zdobionej niewielkimi, białymi różyczkami. Druga w niebieskiej, rozkloszowanej sukience w kwiaty z głębokim wycięciem na plecach. Trzecia w oliwkowej, długiej dopasowanej sukience z dekoltem w serek i rękawami z przeźroczystego tiulu. Jeśli Gosia mogłaby mieć jedno życzenie, to chciałaby, aby bukiet ślubny złapała Karina, i by przyniósł jej szczęście w miłości. Nie zamierzała jednak niczego symulować, ani ustawiać aby nie psuć zabawy.  Kiedy rzeczywiście wiązanka czerwonych róż wyrzucona prze pannę młodą poszybowała nad głowami stojących najbliżej dziewcząt i znalazła się w rękach księgowej, nie mogła ukryć zaskoczenia i radości. Tej magicznej nocy Karina tańczyła tylko z Karolem, fotografem. Gosia postanowiła mu nawet wybaczyć, że na jego romansie ucierpiały jej weselne zdjęcia, na których w większości była wybranka jego serca a państwo młodzi tylko o tyle o ile znaleźli się w jej pobliżu. Niech tam, myślała, byleby tylko okazał się miłością życia mojej przyjaciółki. Karol miał wiele szczęścia bo w tej kwestii nie zawiódł swojej chlebodawczyni.

 

Gosia i Tomek tańczyli jak para idealnie dobrana, trenująca od lat taniec klasyczny. Trudno powiedzieć, kiedy kobieta zaczęła czuć w tańcu jego prowadzenie, na pewno było to po kursie i po kilku wspólnych imprezach, kilka lat po tym jak się poznali. Na początku z braku osoby prowadzącej w tańcu byli zestresowani. Ona nie chciała się narzucać, on - przyzwyczajony do jej dominującego charakteru nie wiedział jak przejąć inicjatywę ani czy ona by tego chciała. Przed ślubem zapisali się na dwumiesięczny kurs tańca licząc, że pomoże im to poczuć się swobodnie na parkiecie. Może dlatego, że nie rozmawiali o swoich oczekiwaniach i obawach początki nie były zachęcające. Mimo to się nie poddali. Najpierw ona przerwała tamę milczenia mówiąc, że lubi kiedy on w tańcu prowadzi. Prawda jak to często bywa okazała się najlepszym rozwiązaniem i od tej pory było tylko lepiej. Mężczyzna stawał się coraz pewniejszy, podejmował nowe wyzwania, poczuli radość z wykonywanych coraz to bardziej skomplikowanych figur. W końcu taniec z Tomkiem stał się dla niej czymś zupełnie naturalnym, wspaniałym. Nie mogli się od siebie oderwać. Tak było i teraz kiedy jako państwo młodzi stanowili centrum zainteresowania zgromadzonej licznie rodziny. Nie było ciotki, babki czy koleżanki, która nie skomentowałaby po cichu lub na głos ich tańca – cudownej harmonii ciał, które zostały dla siebie stworzone.