Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 3.

 

„Mamo muszę napić się wody” – Kamilka wskoczyła na kolana pogrążonej we wspomnieniach Laury i chwilę potem na krześle obok usiadły Aldonka i Wiola. „No to co, za rok nasza Izka nie ma mocnych”- przyjaciółka mrugnęła porozumiewawczo wskazując na szalejącą na parkiecie pannę młodą. Wiola kręciła się na kolanach próbując dosięgnąć do coli, liczyła chyba na to że mama – przeciwniczka „śmieciowego jedzenia i napojów” nic nie zauważy. „Koniecznie, tylko jej musisz rozpisać serię randek w ciemno, bo póki co nie widać kandydata..” – Laura wiedziała, że skoncentrowana na prawniczej karierze Izabela nie zaprząta sobie na razie głowy poszukiwaniem partnera na resztę życia. „Spoko, spoko wszystko w swoim czasie” – mawiała zapytana o zmiany w sprawach sercowych nie dając się podpuścić przyjaciółkom zachwalającym romantyczne wypady na narty czy wycieczki w góry we dwoje. Izabela od dziecka wiedziała czego chce, przyglądając się wracającej wieczorem sąsiadce, której nadejście zwiastował niezmienny niezależnie od pory roku stukot obcasów na klatce schodowej marzyła by być jak ona. Zawsze elegancka, uśmiechnięta, poruszała się z gracją i spokojem była chyba zupełnym przeciwieństwem jej własnej matki. Obarczona czwórką dzieci, nieskorym do pomocy w domu mężem Karolina Wierzbicka miała wiecznie zmęczone, podkrążone oczy zaczerwienione od braku snu. Iza widziała jak mam uśmiecha się kąpiąc najmłodsze dziecko Ewelinkę, lubiła jak śpiewa słabym głosem kołysanki i była pewna jednego – jej mama nie jest szczęśliwa. Tak naprawdę odsuwała myśl o założeniu rodziny tak daleko w czasie aby o tym nie myśleć, realizowała swój plan na życie, który miał sprawić, że w przeciwieństwie do matki uśmiech na jej twarzy będzie czymś normalnym i autentycznym. Na ślub Lidki Iza przyszła oczywiście sama , jak zwykle mając ochotę potańczyć z różnymi interesującymi mężczyznami, najlepiej żonatymi tak aby skończyło się na jednym niezobowiązującym tańcu i nie było później kłopotów z telefonami czy smsami. Takie wiadomości na sekretarce pojawiały się zazwyczaj wtedy gdy po większej imprezie, jej przyjaciółki postanowiły ułatwić drogę do jej serca jakiemuś przystojnemu i sympatycznemu mężczyźnie, który „dobrze rokuje”, poprzez podanie mu numeru Izy. Pani adwokat nie mogła się gniewać wiedząc, że dziewczyny chcą dla niej tego co uważają za najlepsze, ale nie raz szykowała im w rewanżu zabawną historyjkę z „adoratorem” w roli głównej. Zaczynała swoją opowieść od „Na pewno wiedziałyście, że facet, któremu dałyście mój telefon…”  i tu zaczynała się opowieść, o wyroku za porwanie i wymuszenie okupu, który skończył odsiadywać kilka dni temu, o środkach psychotropowych, którymi chciał ją częstować na pierwszej randce mówiąc, że bierze je od podstawówki i o podobnych mrożących krew w żyłach historiach. Trzeba przyznać, że przyjaciółki dały się nabrać tylko za pierwszym razem i wtedy spanikowane, ze łzami w oczach, przeklinając swoją naiwność błagały ją o przebaczenie. Szczery śmiech Izy wbił się im w pamięć na najbliższe pół roku, przez który to czas odpuściły sobie swatanie pani adwokat. Od tej pory pytały o nazwisko i sprawdzały je w sieci zanim komukolwiek udzieliły wsparcia w podboju serca Izy.

 

Tym razem również Aldona i Laura mimo żartobliwej atmosfery wiedziały, że ślub Izy za rok jest równie prawdopodobny jak awans polskiej drużyny piłki nożnej do finałów mistrzostw świata. „Idziemy potańczyć?” – usłyszała głos Michała, który pojawił się za jej plecami. Laura zostawiła Kamilkę popijającą, o zgroza, colę (jak ona to zrobiła, że nie zauważyłam) pod opieką przyjaciółki, która obiecała, że ani wielkiej ani żadnej dolewki nie będzie. Przy okazji zauważyły, że Wiola zdążyła już opróżnić butelkę coli do połowy. Laura z nieukrywaną radością udała się na parkiet i dała się prowadzić muzyce i mężowi lub mężowi i muzyce. Michał trzymał żonę w ramionach i nie chciał wypuścić, zmieniały się przeboje, zmieniał się rytm, tańczyli cza-czę, walca, tańczyli niezidentyfikowane kawałki „nowoczesnej muzy”. Laura wiedział, że dzieci są pod dobrą opieką, ale mimo wszystko niepokój dawał o sobie znać już po kilkunastu minutach.

 

Nagle ciszę przeszył wibrujący krzyk, Laura wzdrygnęła się i pod wpływem złego przeczucia  rzuciła się w stronę, z której dobiegał dźwięk. Zobaczyła kelnerkę pochylającą się nad stłuczonymi pucharkami, wokół niej  znajdowały się porozrzucane odłamki szkła różnych wielkości oraz pozostałości deseru, rozlane lody, owoce, polewa i bakalie. Dziewczyna była blada, rozglądała się wokoło badając wszystkie stopy w zasięgu wzroku, czy ktoś nie ucierpiał. W pewnej chwili zobaczyła to, co w tym samym ułamku sekundy rzuciło się w oczy Laury: Gabrysia trzymała w rączce spory odłamek szkła na którym tkwiła plama roztapiających się lodów. Obie kobiety zobaczyły jakby to był film w zwolnionym tempie, jak rączka z ostrym przedmiotem podnosi się w kierunku buzi. „Nieee” – ostry krzyk z ust matki wyrwał się i przeszył wszystkich dreszczem, dziecko również się przestraszyło i nieszczęsny kawał szkła o ostrych krawędziach upadł ponownie na dębowy parkiet. Matka natychmiast znalazła się przy córce zanim ktokolwiek zdążył wypuścić powietrze i dopiero gdy zebrani w Sali goście zobaczyli Gabrysię w objęciach mamy rozległo się westchnienie ulgi. Znowu, o mały włos od tragedii drżała Laura mocno tuląc nie mającą pojęcia o niebezpieczeństwie dziewczynkę. Kobieta wiedziała, że musi zachować zimną krew, nie chciała martwić małej, więc wzięła ją na ręce i wyniosła na taras. Ręce jej drżały kiedy stawiała swoją ukochaną córeczkę na wysadzanej marmurowymi płytami posadzce- bezpieczną, z dala od rozsianych po podłodze odłamków. „Dziękuję” – szepnęła w myślach zwracając się do Anioła Stróża Gabrysi, który od jej urodzenia miał pełne ręce roboty.