Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 14.

 

Tego dnia Marlena wyszła wcześniej niż zwykle. Było to możliwe dzięki temu, że Patrycja podczas ubierania spokojnie pozwoliła sobie zawiązać szalik i nie zdejmowała czapki wielokrotnie, co było niemal rytuałem podczas wychodzenia z domu. Marlena trzymała córeczkę za rękę gdy ta powoli stawiając stopy na murku chwiała się i kołysała przy każdym kroku. Po pewnej chwili, mama zorientowała się, że dziewczynka samodzielnie utrzymuje równowagę, rozluźniła więc uścisk dłoni. Szły teraz ledwo się dotykając, a mała Patrycja koncentrowała się aby nie ześliznąć się z krawężnika, stąpała powoli i uważnie. Marlena puściła małą rączkę dziecka i patrzyła z zachwytem jak córeczka sama utrzymuje równowagę. Nie przestawała śledzić wzrokiem stóp dziecka, dzięki czemu w momencie gdy jeden z bucików zaczął się zsuwać szybko podchwyciła Patrycję. Dziewczynka śmiała się i spróbowała jeszcze raz, po kilku chwilach sytuacja się powtórzyła. Dziecko wiedziało, że spokojnie może podejmować kolejne próby bo mama jest blisko, czuwa i nie pozwoli by stało jej się coś złego. Marlena była dumna ze swojej córeczki widząc jak nie zniechęcają ją porażki, jak bardzo jej ufa. Gdybym ja tak umiała zaufać Bogu pomyślała mama. Przecież dba o mnie i troszczy się nie mniej niż ja o Patrycję, a jednak nie umiem wyzbyć się lęku. Kiedy czuję, że spadam rozglądam się w poszukiwaniu Jego dłoni, ale widzę tylko otaczającą mnie pustkę. Zastanawiam się czego Bóg chciałby mnie nauczyć pozwalając by moje serce ciągle doznawało zawodu, goryczy, samotności. Widocznie jeszcze nie spadam, skoro On nie musi mnie łapać. Gdyby groził mi upadek w przepaść podtrzymałyby mnie silną ręką. Marlena spojrzała w niebo i wyobraziła sobie, że jest dzieckiem, nad którego każdym krokiem czuwa Bóg. Że stąpa po takim krawężniku życia, chwiejąc się i tracąc nie raz równowagę. Nie będzie się zniechęcać nawet jeśli czuje się bardzo zmęczona tym wszystkim. Dzwonieniem do bliskich, którzy nigdy nie odbierają telefonu. Zapraszaniem przyjaciół, którzy przedkładają wieczór w kinie nad zabawę z ich maluchami. Odmawianiem telemarketerom. Rozdzielaniem kłócących się dzieci. Wagą, która stoi w miejscu niezależnie od podjętej diety. Nieudanymi artykułami, kolejnymi początkami książek, które nigdy się nie ukażą. Chorobami, które powracają jak bumerang zwalając z nóg za każdym razem z jednakową siłą. Marlena czuła wdzięczność, nie dlatego, że nie jest jednym z miliona głodujących dzieci w Afryce, albo jedną z setek tysięcy kobiet, nieszczęśliwie zakochanych. Czuła wdzięczność za to, że kiedyś mogła podróżować, a teraz może zobaczyć siebie na zdjęciu z tamtych lat. Być może teraz uczę się chodzić po stromym krawężniku, ale były chwile, kiedy droga wydawała się prosta. Kiedyś nauczy się stąpać tak, aby stopy się nie ślizgały, balansować rękami i wstawać po każdym upadku. Patrycja śmiała się i doszły razem do samochodu, kiedy tylko usiadły, mama zapięła pasy w foteliku, który ciągle się przesuwał, zastawiając klamrę z zapięciem pasa jak psotny chochlik. Mocowanie się z fotelikiem zawsze kosztowało Marlenę sporo wysiłku i cierpliwości. Kiedy siadała na miejscu kierowcy było jej gorąco a policzki paliły jak rozgrzane od słońca. Tutaj za kierownicą mama czuła się najlepiej, samochód posłusznie skręcający swoje lśniące niebieskie ciało był jej wiernym przyjacielem. Mały, zgrabny, wymarzony, potrafił zmieścić się w centrum miasta na ostatnim wolnym kawałku asfaltu. Gdyby życie też chciało jej słuchać, niestety już dawno zrozumiała, że nigdy nie będzie w stanie tak kierować swoim losem. Teoretycznie wiedziała, że to dobrze, bo nikt lepiej nie widzi drogi jak Bóg. Wielokrotnie słyszała i czytała o tym, że tylko on może szczęśliwie dojechać do końca. Wiedziała, że to dobrze, kiedy wypełnia się Jego wola. Kiedy jej życie przypomina jazdę wąskim i ciemnym tunelem powtarzała sobie, że tylko On wie dokąd ta droga prowadzi. Może to jedyny sposób by dotrzeć nad brzeg oceanu albo wyjechać na szczycie góry z oszałamiającym widokiem? Kiedy czuła, że zmierza w całkiem przeciwnym kierunku niż chciała zatrzymywała się na chwilę, próbując zorientować się co wskazuje jej wewnętrzny GPS. Ten cichy głos płynący z serca pojawiał się rzadko, ale za to nigdy się nie mylił – to była nawigacja stworzona przez Boga. Jej jedyny punkt odniesienia. Czasem okazywało się, że pewne sprawy trzeba odłożyć na później lub zrezygnować z nich w ogóle. Innym razem przekonywała się, że trzeba dalej jechać przed siebie mimo gęstej mgły, powoli nie zbaczając z kursu czekać aż wyłoni się choć fragment drogi.