Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 13.

Nad Wisłą unosiła się wieczorna mgła, był pochmurny styczniowy wieczór. Nadia biegała od zaledwie dni i mimo chłodu nie rezygnowała z postanowienia, chciała popracować nad swoją kondycją. Tyle mogła zrobić. Przeczytała już wszystkie kryminały Agaty Christi, upiekła wszystkie ciasta wedle przepisów znanej siostry. Teraz przyszedł czas aby spalić te smakowite babeczki z cytrynowym lukrem, bananowe muffinki z czekoladą i kruche ciasteczka z kolorową posypką. Miała trzydzieści pięć lat a czuła się jak by dźwigała na sobie ciężar kilkudziesięciu lat. Był czas kiedy czytała książki, o tym jak przy pomocy determinacji, dobrej organizacji i samodyscypliny realizować swoje życiowe plany i marzenia. Pochłaniała powieści, których bohaterki wychodziły obronną ręką z życiowych zakrętów i odnajdywały swoją pasję, powołanie. Bardzo długo wierzyła, że „kto szuka ten znajdzie” i szukała, gdzie tylko mogła swojego miejsca na ziemi. Teraz mieszkała w Krakowie, ale wcale nie była pewna czy za rok lub dwa nie znajdzie sobie mieszkania pod Londynem, w bliźniaku i jak jej siostra nie zacznie prenumerować czasopisma ogrodnicze. Że życie może boleć odkryła dopiero gdy kolejny z jej pacjentów zrezygnował z leczenia i kilka dni później dostała zawiadomienie o terminie jego pogrzebu. Nie poszła.

 

Tydzień później zaczęła czytać o depresji i bez trudu zdiagnozowała u siebie wszystkie objawy tej choroby. Zmęczona zwlekała się z łóżka aby zacząć kolejny nieskończenie długi dzień. Nie powinna była iść na medycynę, nie powinna nigdy uwierzyć, że jest w stanie kogokolwiek uratować, pomóc, wyrwać ze szponów choroby albo chociażby ulżyć w cierpieniu. Bezradność każdego dnia doświadczana na nowo w pracy w szpitalu wykańczała ją powoli od środka. Powtarzała sobie, że każde dobre słowo i odpowiednio dobrany lek jest ważny ale nie była w stanie tego poczuć. Nadia chciała uratować choćby jednego człowieka, przede wszystkim jednego człowieka – swoją matkę. Od tego wszystko się zaczęło, studia, badania w laboratorium, wyjazdy na zagraniczne konferencje naukowe. Tego dnia kiedy matka zmarła Nadia siedziała do późna w laboratorium, wydawało jej się że eksperyment nad którym od dłuższego czasu pracowała zaczyna przynosić efekty. Gdy wracała do małego, dwupokojowego mieszkania była pełna nadziei, dobrych myśli. Nadia przyspieszyła, czuła, że fala wspomnień, która ją zalewa zaraz wyrwie się spod kontroli. Nie będzie płakać, nie będzie. Ludzie nurkują, chodzą po górach, jeżdżą na ścianki wspinaczkowe, chodzą do klubów, zaczynają szydełkować albo gotować. Dla niej żadna z tych rzeczy nie była ulgą, żadna nie pozwalała na oderwanie się od rzeczywistości. Im bardziej szukała tym bardziej okazywało się, że nic nie przynosi ukojenia. Jazda konna, kurs księgowości ani wyjazd do siostry nie pomogły jej w odzyskaniu równowagi. Nadia postanowiła przerwać ten potok wspomnień i weszła na most. Zaczęła iść przed siebie, kiedy nagle tuż obok siebie zobaczyła drobną kobietę niebezpiecznie wychylającą przez barierkę na moście. Poczuła dziwne ukłucie lęku i jakiś niepokój, który przeszył ją dreszczem. Przyspieszyła. Kiedy była mniej więcej w połowie drogi zobaczyła jak kobieta w nagłym przypływie determinacji wskakuje na barierkę, w ułamku sekundy znalazła się przy niej. Trzymała ją mocno w uścisku, jak by to nie była obca osoba, ale ktoś bliski, najbliższy…Kobieta uspokoiła się i zeszła powoli na ziemię, odwróciła głowę i chciała odejść, kiedy nagle zupełne niespodziewanie dla niej samej Nadia powiedział „też kiedyś chciałam to zrobić”. Kobieta zatrzymała się i stały tak obie przez dłuższą chwilę w milczeniu a potem poszły razem w tym samym kierunku nie wiedząc jeszcze co znaczy ten nowy początek.