Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 12.

 

Milena patrzyła prosto przed siebie. Za oknem pociągu w mglisty sobotni poranek sennie poruszało się kilka sylwetek, w dłoniach tlił się złoty ognik gdy zapalali papierosa. „Drobna awaria – naprawa powinna potrwać zaledwie kwadrans. Sprowadzono już mechanika, specjalistę” – taki komunikat usłyszała wraz z resztą pasażerów pociągu relacji Kraków-Gdynia kilka minut temu. Pociąg musiał się akurat zepsuć, na tej małej stacji, gdzie nawet nie ma porządnego zaplecza gastronomicznego, toalet – myślała kobieta. Podróżowała już tyle godzin, z Gdyni wyjechała w nocy i marzyła tylko o tym by jak najszybciej znaleźć się w swoim krakowskim mieszkaniu, gdzie czeka na nią mąż. To słowo wciąż brzmiało dla niej jakoś egzotycznie, a zarazem słodko. Oto, nagle w ciągu kilku minut przestał być jej narzeczonym a zmienił się w męża. Było to zaledwie tydzień temu i gdyby nie musiała wyjeżdżać to nic, żadna siła by jej z domu nie wyciągnęła. A konkretnie, nie tyle z domu ile z ramion Jakuba. Ach kochany, kiedy napisała mu smska, że pociąg ma awarię i dojedzie później od razu odpisał. Myślała, że będzie jeszcze spał, w końcu 5.40 w sobotę, to nie jest normalna godzina na wstawanie, ale on czekał, czuwał. Przeszył ją dreszcz, już nie długo będą razem, znowu razem. Poczuje jego lekki, dwudniowy zarost na swojej szyi. „Och Boże – prosiła Milena- błagam Cię, proszę, niech ta awaria potrwa jak najkrócej, niech pociąg ruszy już w drogę, do domu”. Zmęczona kobieta oparła głowę na złożonym w kostkę szalu i spoglądała dalej jak nieliczni podróżni próbują skrócić sobie czas oczekiwania wędrując po peronie. Postanowiła nie wychodzić z przedziału, zmęczona całonocną podróżą, na pewno pociąg zaraz ruszy.

 

Jakub nie usłyszał smsa od razu, był właśnie w łazience i nucił jak zwykle rano jakiś przebój w wersji tak dalekiej od oryginału, że nierozpoznawalnej dla potencjalnego słuchacza. Nie mógł spać - przed oczami ciągle widział roześmianą twarz Mileny, jej oczy, źrenice rozszerzone ze zdumienia, wzruszenie widoczne w kącikach oczu. Marzył o tej chwili, wyobrażał sobie jak mówiąc lekko i z przekornym uśmiechem „Kochanie, mam dla Ciebie niespodziankę” weźmie ją za rękę i zaprowadzi do sypialni. W jego wizji, która nieco odbiegała od rzeczywistości, miała tam stać w rogu ręcznie wykonana toaletka, z lustrem podświetlanym od dołu małymi żarówkami i stołek z obiciem w kwiatowy deseń. Biały lśniący blat, rzeźbienia kwiatowe nad lustrem – całość miała być w romantycznym stylu, tak pasującym do Mileny. Słowem, toaletka ta miała być jak wyjęta ze snu jego żony, snu, do którego kiedyś nieopatrznie mu się przyznała. Co prawda we śnie był też dworek, sad z drzewami owocowymi i wzgórza, ale Jakub nie był milionerem. Nie był nawet dobrze zarabiającym informatykiem, który może kupić żonie domek za miastem z malutkim ogródkiem. Za to był cieślą, pracował przy wyrobie ekskluzywnych, drewnianych mebli i mógł ofiarować swojej ukochanej taką toaletkę, jakiej nie miał nikt, jedyny i niepowtarzalny egzemplarz – unikat. I mógł wstawić ją do ich sypialni, która była jednocześnie pokojem gościnnym, jadalnią i pokojem sportowym, a także gabinetem. Słowem do jedynego pokoju w ich małej kawalerce. Dobrej na początek wspólnej drogi. Jakub nie czuł by zawodu, gdyby to mieszkanie dzielili przez wiele lat. Gdzie pomieszczą się dzieci? Tego pytania na razie sobie nie zadawał. Teraz myślał tylko o jednym spełnionym marzeniu. Jednak przy wnoszeniu mebla coś poszło nie tak, jedna noga od toaletki złamała się. Na szczęście Jakub miał zapasowe drewniane części w domu. Znalazł odpowiedni kawałek drewna, w białym kolorze. Wystarczyło go trochę podpiłować i przymocować. Trochę piłowania, parę gwoździ, nic wielkiego. Liczył, że wystarczy mu pół godziny. Akurat zdąży. Była 5.55 kiedy wyszedł z kabiny prysznicowej i ocierając ręcznikiem skronie podszedł do stolika. Zobaczył na komórce smsa, od Mileny. Opóźnienie, awaria , nie dojedzie na pewno w ciągu godziny. To oznaczało, że miał jeszcze czas, nie musiał już zabierać się do piłowania i przybijania gwoździ. Zdawał sobie sprawę, że za hałasy o 6 rano w sobotę sąsiedzi mogą do niego strzelać choćby z procy. To jednak wyjątkowa sytuacja myślał, tylko raz w sobotę o tej porze tak wcześnie będę pracować. Wtedy wzrok Jakuba padł na paczkę gwoździ, wszystkie były połamane. Gorączkowo zaczął przetrząsać pudełko, niestety nie znalazł użytecznych egzemplarzy. Podjadę do warsztatu i akurat zdążę - pomyślał i zaczął szybko się ubierać. „Boże proszę Cię, żeby wszystko było gotowe na czas, żebym zdążył ukończyć moje dzieło zanim żona przyjedzie. Proszę” – powtarzał w duchu. Gdy wybiegł z mieszkania była 6.10 i właśnie przyszedł kolejny sms od Mileny – awaria okazała się poważniejsza niż pierwotnie się spodziewano i pociąg postoi jeszcze co najmniej godzinę.

 

Tej nocy ból atakował Anastazję bardziej zaciekle niż zwykle. „Ostatnie stadium, to kwestia tygodni, może dni”-  takie słowa usłyszała zaledwie wczoraj. Nie były skierowane do niej, ale przez cienką ścianę słyszała wszystko co lekarz mówi do jej córki. Dotarło do niej, że to ostatnie dni, a więc pojawiła się nadzieja, że wreszcie się to skończy. Całonocne czuwanie jej córki, która w końcu zasnęła w pracy i ją straciła. Kolejne rodzinne pamiątki sprzedawane za bezcen, żeby starczyło na następną dawkę leku. I ból: w dzień i w noc, choć coraz trudniej jej było rozróżnić te dwie pory i jedynie blady świt odbierał jej nadzieję na sen. Skoro przez osiem czy dziesięć godzin nie mogła zasnąć, to teraz o świcie nawet jeśli uda jej się zapaść w niespokojny letarg to zaraz odezwie się sąsiad. Ten z góry, piłuje, przybija gwoździe. Chyba ma w domu warsztat? Anastazja nie miała siły na łzy. Modliła się cicho: „Boże pozwól mi choć na chwilę snu, spraw by dziś nie budziły mnie te hałasy o poranku”. Leżała jeszcze chwilę nasłuchując. Świt wpadał bladą strużką przez uchyloną żaluzję. Bóg przecież nie musi spełniać moich życzeń, zwłaszcza takich błahych. Skarciła się w duchu. W bloku panowała jednak cisza, a po chwili kobieta usłyszała kroki na schodach. Wiedziała, że to on, sąsiad z góry, słyszała jak zamykał mieszkanie. Kroki ucichły i zaległa cisza. Wtedy Anastazja zapadła w sen, po raz ostatni, myśląc jeszcze przez chwilę o tym, że Bóg naprawdę ją usłyszał.