Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 11.

 

Kiedy Laura wróciła do domu, pierwszy raz przemknęła jej przez głowę myśl by zacząć pisać. Jak każdy początkujący pisarz czy blogger, zastanawiała się od czego zacząć. Co mogłoby być punktem wyjścia dla historii jej życia, a raczej tego w co przy pomocy fikcji literackiej chciała ją przekształcić. Nie chciała opisywać swojego dzieciństwa, chciała napisać o Nim. O Michale, mężczyźnie jej życia, oraz o tym jak bardzo ich miłość ją zmieniła. „Wyrównywanie ciśnień, o którym można przeczytać w niejednym poradniku dla małżeństw, a nawet w czasopismach dla kobiet nie jest fikcją”. Tak brzmiało pierwsze zdanie, które wyświetliło się na monitorze laptopa. „To dzieje się naprawdę, z biegiem czasu przejmujemy od siebie dobre i złe cechy, mniej lub bardziej świadomie stajemy się do siebie podobni. Oczywiście dla każdej pary ten proces zachodzi w różnym stopniu. Wiele zależy od tego, jak bardzo jesteśmy różnie na starcie, na ile zdajemy sobie sprawę z tego jak się zmieniamy i na ile chcemy to kontrolować. Ja zawsze miałam niskie ciśnienie, na granicy normy, a mój mąż z kolei bardzo wysokie. Kiedy po raz pierwszy czytając jedną z książek na temat psychologii damsko-męskich relacji natrafiliśmy na zwrot „wyrównywanie ciśnień” śmialiśmy się oboje. Żadne z nas nie miało dobrego ciśnienia. Mnie było ciągle zimno, a nogi i ręce przez cały rok wskazywały na chłodną jesień. Michał potrafił siedzieć w samej koszulce przy otwartym oknie godzinami zupełnie nie zważając na spadający słupek rtęci naszego pokojowego termometru. Na początku wydawało się, że dzieli nas wszystko. Zupełnie jak byśmy stali na dwóch różnych biegunach globusa i próbowali złapać się za ręce. Jednym słowem przepaść, nic z tego nie będzie – powtarzałam sobie przez pierwsze miesiące znajomości. W tym okresie głównie wygłaszałam monologi na różne tematy spotykając się z potakiwaniem lub krótkimi komentarzami mojego kolegi z naprzeciwka. Odkąd się wprowadził jego widok wzbudzał we mnie niepokój, myślałam, że go po prostu nie lubię. Denerwowała mnie jego broda skrywająca większość twarzy, broda człowieka z lasu. Mieszkałam już trzy lata wraz z koleżanką w wynajmowanym, krakowskim mieszkaniu kiedy pojawił się On. Kiedy szłam po schodach szedł za mną cierpliwie, nigdy nie wyprzedzał. Nigdy nie odezwał się pierwszy. Wpadaliśmy na siebie kilka razy dziennie, po drodze do sklepu, na przystanku autobusowym, w kolejce do kiosku po bilet, gdy skończyła się karta miesięczna. Gdy wynosiłam śmieci otworzył mi drzwi, podziękowałam i straciłam jednocześnie cierpliwość: czas się poznać. Wyciągnęłam rękę i przedstawiłam się z uśmiechem, miałam nadzieję nie zdradzającym prawdziwych emocji. Jeśli wtedy chciałby dać mi do zrozumienia, że nie jest mną zainteresowany, nie mógłby zrobić tego lepiej, kończąc konwersację na wyjawieniu mi swojego imienia. Jednak była to zmyłka, oczywiście nieświadoma, ale tego miałam się dowiedzieć znacznie później. Michał jest jedną z niewielu osób, która jest zawsze sobą, nie stara się niczego udawać. Jest sobą i to musi wszystkim wystarczyć, i najczęściej wystarcza.

 

Po kilku spotkaniach zaczęłam go pytać o różne sprawy. Zaczynając od najnudniejszego i najpopularniejszego „co studiujesz?” aż po ulubiony film. Poznawaliśmy się coraz lepiej, najczęściej podczas drogi na przystanek i powoli zamiast niechęci pojawiła się nić sympatii. Umiał słuchać, zawsze był spokojny, dawał mi poczucie, że wszystkie moje studenckie troski są niczym, a marzenia, owszem mogą się spełnić. Lubił sport, a szczególnie górskie wyprawy ze znajomymi. Pewnego lata dałam się wyciągnąć na taką wyprawę. Byliśmy już na etapie przyjaźni, który traktowałam jako etap ostateczny i jak najbardziej satysfakcjonujący dla tej znajomości. Poznałam przy okazji jego przyjaciół i… zwichnęłam nogę w kostce. Pierwszego dnia wycieczki, przy jednym trudniejszym podejściu. Skąd pomysł, żeby zabierać mnie, kompletną nowicjuszkę od razu na „łańcuchy”? Mogłabym się obrazić i wrócić do domu, ale nie chciałam go martwić. Nie rozumiałam dlaczego zamiast iść ze swoją drużyną zdobywać kolejny tatrzański szczyt woli zostać ze mną. Wynosił koc na trawę, przed schroniskiem, w którym się zatrzymaliśmy, a potem pomagał mi dokuśtykać, robił kanapki i urządzaliśmy sobie mały piknik. Rozmawialiśmy,a potem zaczęliśmy czytać książki. Do tej pory, po wielu latach małżeństwa jednym z naszych ulubionych zajęć jest czytanie równolegle tej samej książki i komentowanie jej. Nie zależnie od tego czy był to kryminał Agaty Christi czy filozofia Bierdiajewa albo Levinasa dzieliliśmy się uwagami, refleami. Potrafiliśmy dyskutować przez pół dnia czy zbrodni winny jest brat ofiary czy jego lokaj, na co wskazują konkretne poszlaki a na co zachowanie podejrzanych. Z jednakową pasją rozważaliśmy jak wielkie znaczenie dla poczucia własnej wartości i tego co myślimy o życiu po śmierci ma koncepcja Bierdiajewa „uczestniczenia człowieka w życiu Osób Bożych”.

 

Nie o wszystkim jednak dobrze się nam rozmawiało, był temat, który dość szybko porzuciliśmy rozbiwszy się najpierw o niego jak o zdradliwą skałę na spokojnym morzu naszej przyjaźni. Okazało się, że nasze poglądy polityczne są skrajnie odmienne. Później zauważyliśmy również, że systemy wychowawcze naszych rodziców także są sobie przeciwstawne. Inne były priorytety, cele a nawet skala wartości w naszych rodzinach. Reprezentowaliśmy całkowicie różne modele wychowania, co niosło za sobą po obu stronach równą ilość plusów i minusów. Wiedziałam jedno uzupełniamy się idealnie, więc jeśli mamy być połówkami jednego jabłka, to pasujemy do siebie jak mało kto. Wszędzie tam gdzie zaczynały się moje słaby strony Michał okazywał się być mocny. Natomiast to co dla niego było trudne lub wręcz niemożliwe, mnie przychodziło z łatwością. Mogliśmy się wiele od siebie nauczyć, mogliśmy stworzyć zgrany zespół – nie do zdarcia. Przez najbliższe pół roku Michał trenował ze mną jogging, a ja zabierałam go na lekcje tańca. Szykowała się kolejna górska wyprawa jesienią i zamierzałam tym razem być przygotowana i w świetnej formie. On z kolei obiecał, że pójdzie ze mną na ślub kuzynki planowany na koniec października i nie będziemy podpierać ścian. Gdyby jednak ktoś wtedy powiedział mi, że będziemy parą chyba śmiałabym się do łez a potem bym wykrzyczała, że to bzdury. W tym czasie kto inny wywoływał u mnie burzę uczuć, ze względu jednak na duży stopień niedostępności oraz sporą różnicę wieku starałam się mu tego nie okazywać. Czy wykładowca kiedykolwiek zwiąże się na stałe ze swoją studentką? Nawet ładną, mądrą i pełną entuzjazmu do literatury hiszpańskiej? Romans proszę bardzo, ale potem może zjawić się młodsza, ładniejsza i z większym entuzjazmem. Będąc studentką drugiego roku w stanie uczuciowego zawieszenia nawet nie przeczuwałam, że wielkimi krokami zbliża się przełomowy dzień w moim życiu. Nadciągało uczuciowe tsunami. Tego dnia rano siedziałam na skraju łóżka przeglądając szufladę z rajstopami i próbując znaleźć parę bez oczka. Czasu było coraz mniej, od ślubu Edyty dzieliły mnie zaledwie dwie godziny, a na fryzurę nawet nie miałam pomysłu. Na oparciu krzesła wisiała sukienka z czerwonego atłasu, ze zbyt dużym, jak na moje preferencje dekoltem, ale za to długa do kostek. Na ramionach miała wstawki z czarnej koronki, i pasujący paseczek, który można było zawiązać w kokardę. Tak się cieszyłam na ten dzień, czemu teraz napadły nie wątpliwości? Chodziło o rodzinę. Kiedy przyjdę z Michałem, dojdą do wniosku, że jesteśmy razem, a tłumaczenie, że jesteśmy „tylko przyjaciółmi” może przynieść tylko efekt odwrotny do zamierzonego. Nie wiedziałam, też czy sam Michał nie zacznie żywić „podobnych bezsensownych, jak mi się wtedy wydawało nadziei”. Gdyby nie Kaja, moja współlokatorka mogłabym tak siedzieć przeglądając rajstopy przez kolejną godzinę. Przyjaciółka zajęła się najpierw moimi włosami, potem machnęła profesjonalny makijaż a na koniec pożyczyła mi swoje nowe, nie otwarte jeszcze rajstopy. Dziękowałam jej ubierając się pośpiesznie, gdy Michał – wzór punktualności, (zawsze 5 minut przed czasem) siedział w pokoju obok. Gdy wyszłam z pokoju trzymając w jednej ręce czarną torebkę, do której próbowałam upchać szminkę i chusteczki a w drugiej komórkę, z której usiłowałam się dodzwonić do jakiejkolwiek sieci taksówkarskiej zobaczyłam Jego. W pierwszej chwili nie wiedziałam kim jest ten przystojny mężczyzna siedzący spokojnie na wersalce i uśmiechający się znajomo. Tak, ten uśmiech wydawał mi się coraz bardziej znajomy, oczy też pasowały do Michała, ale reszta już nie. Twarz, to była inna twarz. Operacja plastyczna? Brat bliźniak, o którym nie zdążył wspomnieć w ciągu roku znajomości? – przelatywało mi przez głowę, ale to nie było to. To był jednak On, ale inny. Nie miał brody! Zamiast tego pojawiła się szalenie przystojna twarz, wyraźnie zarysowana szczęka. I wtedy właśnie zakochałam się bez pamięci w moim przyszłym mężu. Nie muszę dodawać, że z brodą rozstał się na dobre. Kiedy wciąż jeszcze będąc w silnym szoku usłyszałam jego niewinne pytanie „Lepiej wyglądam z brodą czy bez?” nie mogłam powstrzymać śmiechu. Taką właśnie w stanie euforii kobiety, która wpadła po uszy zobaczyła mnie rodzina, gdy taksówkarz dotarł pod Kościół Jezuitów przy Rakowickiej. Gdy wysiadaliśmy z taksówki nikt poza nami nie miał wątpliwości, że jesteśmy parą. Nieco speszony ale i mile zaskoczony wrażeniem jakie na mnie zrobił Michał przestał się kryć ze swoimi uczuciami.  Jeszcze tej nocy podczas walca, którego trenowaliśmy przez ostatni miesiąc, wyznał mi swoją miłość.”