Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 1.

Laura siedziała przy stole, opierając łokcie na białym obrusie, haftowanym w delikatny kwiatowy deseń. Powoli sączyła chłodnego szampana, pozwalając aby musujący płyn przyjemnie łaskotał podniebienie zanim połknęła kolejny łyk. Patrzyła na swojego męża trzymającego w objęciach dwuletnią Gabrysię. Poruszali się łagodnie, w rytm przeboju „Zatańczysz ze mną jeszcze raz, ostatni raz”, śmiejąc się do siebie i co kilka taktów powtarzając podwójny piruet. „Dziesięć lat, to naprawdę dziesięć lat od naszego ślubu”. Mimo, że ta myśl towarzyszyła jej od dawna, wciąż wydawała się dziwna i zaskakująca. Czy naprawdę minęło aż tyle czasu? Patrząc na najstarszą córeczkę, siedmioletnią Kamilkę miała wrażenie, że epoka pampersów, karmienia piersią co dwie godziny i spoglądania na kolor zmieniających się z dnia na dzień oczu miała miejsce nie sześć lat temu, ale sześćdziesiąt, albo w innym życiu. Teraz Kamilka zamaszyście „wirowała” swoją nową sukienką, nieświadomie uzyskując po takiej serii obrotów efekt podobny do wypicia dwóch kieliszków szampana. Śmiała się potem próbując uzyskać równowagę i łapiąc się wszystkiego, co znalazło się w zasięgu jej szczupłych rączek. Kamilka była pierwszym, najbardziej dopieszczonym dzieckiem. To z nią Laura prowadziła długie rozmowy, już od momentu kiedy test ciążowy pokazał, że przestała być pojedynczym istnieniem. Opowiadała jej o tatusiu, babciach, dziadkach, ciociach i wujkach. Rozmawiała z kilkutygodniową córeczką, której ruchów jeszcze nie mogła wyczuć, ale o której obecności przypominały jej nie ustające niezależnie od pory dnia i nocy nudności, napady płaczu. Teraz jej maleńka kruszynka była wysoką i szczupłą uczennicą drugiej klasy szkoły podstawowej. Piękne jasne włosy, niebieskie oczy zdawały się sugerować beztroską i spokojną naturę. „Nic bardziej mylnego”, pomyślała Laura. Ciekawe ilu chłopców zacznie ją traktować jak „laleczkę Barbie” i po kilku minutach przekona się, że „to nie ten typ”. Rozmawiając z Kamilką krewni szybko orientowali się, że o lalkach i kucykach sobie nie pogadają. Już w wieku trzech lat dziewczynka była zafascynowana otaczającym ją światem, zadawała trudne, dociekliwe pytania. Nie zadowalały ją zdawkowe odpowiedzi, naciągane fakty, musiała zawsze dojść do sedna. Banalne pytania po prostu ignorowała. Trzeba było się postarać, zainteresować ją tematem. Bajki, opowiadania chłonęła z szeroko otwartymi oczami, skoncentrowana, skupiona, zasłuchana. Niesamowita zdolność Kamilki do zapamiętywania wszystkiego co ktoś jej powiedział nie raz wprawiała rodziców w osłupienie. Kiedy urodziła się Gabrysia, starsza siostra spoglądała na małą i pytała – „Gabrysia była w twoim brzuszku, a teraz jest tutaj z nami. Jakiego masz teraz dzidziusia w brzuszku?”. – „Żadnego kochanie” – odpowiadała Laura zgodnie z prawdą, zdając sobie sprawę z tego, że seria pytań z cyklu „skąd się biorą dzieci” będzie ewoluować z czasem, a to pytanie jest tylko łagodnym zwiastunem, tego, co czeka ją w przyszłości. Wtedy jednak nie przypuszczała, że będzie wkrótce musiała odpowiadać na zupełnie inne, nieporównywalnie trudniejsze pytanie: „Robercik był w twoim brzuszku, potem był z nami, a gdzie jest teraz?”. No właśnie, myślała Laura, „gdzie jest teraz?”.


- „Mamusiu, chcę jeszcze taką babeczkę, co ma lukier i dżemik w środku!” – głos Rafałka wyrwał ją z zamyślenia i przywrócił do rzeczywistości. Poszukała wzrokiem półmiska z babeczkami. Jedna, samotna, ostatnia babeczka po którą każdy krępował się sięgnąć leżała sobie na samym środku porcelanowej patery o zdobionych złotym szlaczkiem brzegach. Laura nauczyła się, że zdobywając jedzenie dla dziecka nie należy zastanawiać się czy ktoś się domyśli, że to dla dziecka, czy pomyśli, że to ona lubi się obżerać. Nie ma czasu na manewry grzecznościowe, pytanie, przepraszanie. Zwinnym ruchem upolowała babeczkę, co niektóre osoby przyjęły z ulgą, inne z rozczarowaniem i podała synkowi. Pięcioletni Rafał miał wprost nie ograniczone możliwości konsumpcyjne. Miał też to niezwykłe szczęście, że kolejne zjedzone smakołyki nie czyniły go „słodkim grubaskiem” o pulchnych policzkach ale sprawiały, że rósł i mężniał. Zdecydowanie większy od kolegów w swoim wieku Rafał zachował posturę „mięśniaka”. Szeroki w barach, bez wystającego brzuszka prezentował się jak młodsza wersja „kulturysty” choć, żadnego specjalnego sportu nie uprawiał poza okazyjnymi „zapasami” ze swoją starszą siostrą. Miał duże ciepłe dłonie, był silny a do tego wychowywany w domu zdominowanym przez kobiety nauczył się empatii i „rozumiał” płeć piękną. Laura bez trudu mogła zobaczyć oczami wyobraźni, jak za parę lat po meczu koszykówki? piłki nożnej? siatkówki? będzie prężył muskuły otoczony wianuszkiem zachwyconych nastolatek. Tak, chwila kiedy mama przestanie być jego jedynym kobiecym ideałem, zbliża się nieuchronnie. Na razie jednak siedział na jej kolanach zajadając babeczkę z lukrem i rozglądając się za Kamilką. Tymczasem najstarsza córeczka bawiła się ze swoją koleżanką, wesołą i energiczną Wiolą. Dziewczynki urodziły się w lecie, w niewielkim odstępie czasu i były zakumplowane od najdawniejszych czasów. Aldona, mama Wioli i Laura znały się jeszcze ze szkoły średniej i choć nie spotykały się tak często jak by sobie życzyły to łączyło je więcej niż by ktoś przypuszczał. Drobna i szczupła Aldonka o kruczoczarnych włosach i żywym usposobieniu była bardzo rozmowna. Kiedy mama i córka pojawiały się razem w nowym miejscu zawsze znalazł się ktoś, kto wypowiedział na głos to, co wszystkim się cisnęło na usta „ co za podobieństwo!”. Wiola miała identyczne czarne, lekko kręcone pukle, ciemne oczy i poruszała się równie szybko i zwinnie jak jej mama. Nawet na placu zabaw, gdy dziewczynka otarła kolano nieznajomi mimowolnie spoglądali na jej matkę, przywołując ją spojrzeniem gdy zdarzyło jej się odpłynąć myślami i spoglądać nieobecnym wzrokiem przed siebie. Zawsze wygadana i pewna siebie, była trochę marzycielką i nigdy nie przestała dbać o romantyzm w swoim małżeństwie. Nie raz dzieliła się z Laurą pomysłami na „udaną randkę” z mężem w oryginalnej, nietuzinkowej wersji. Laura musiała przyznać, że nieszablonowe pomysły przyjaciółki bardzo jej odpowiadały wprowadzając element tak deficytowego „szaleństwa” a nawet i „spontanu”. Szczególnie chętnie wracała myślami do pewnego lipcowego dnia, kiedy to jej przyjaciółka zjawiła się niespodziewanie z czterema biletami na widokowy lot balonem. Podziwiała odwagę przyjaciółki i to nie tylko w kwestii braku lęku wysokości co raczej wyłożenia takiej sumy ryzykując, że po pierwsze ona się nie zgodzi, po drugie jej mąż się nie zgodzi lub po trzecie jej mama się nie zgodzi zająć dziećmi tak na ostatnią chwilę. Kiedy minął pierwszy szok związany z wizją przekupienia mamy (ciasteczkami zrobionymi wspólnie z dziećmi) oraz męża (również ciasteczkami? Czy to wystarczy?) Laura przystąpiła do działania. Kupiła składniki potrzebne do wypieków, zrobiła miejsce w kuchni, na kawałku blatu, który zajmował w większej części zawsze przepełniony chlebak i zawołała dzieci. Przynajmniej ich nie trzeba było namawiać do zabawy ciastem, od zawsze lubiły spędzać czas z mamą na wałkowaniu, ugniataniu ciasta oraz na wycinaniu kolorowymi, plastikowymi foremkami różnych kształtów. Kamilka z typową dla niej starannością wycinała w cieście serduszka i gwiazdki, jeśli jeden róg wyszedł odrobinę krótszy albo kawałeczek ciasta się odkleił podczas przenoszenia niewystarczająco idealny egzemplarz natychmiast stawał się na powrót kulką o nieokreślonej formie. Dziewczynka każde takie ciasteczko lekko nierówne traktowała jako swoją porażkę i w jej oczach pojawiały się łzy. Na początku Laura pocieszała i tłumaczyła, uspokajała i pomagała. Po tysiącach prób, które nie przyniosły żadnej widocznej zmiany w podejściu małej perfekcjonistki do kwestii doskonałości cukierniczych wyrobów jej mama postanowiła ograniczać się do uspokajania i powtarzania jak mantrę „ takie też jest ładne, mnie się podoba, nie musi być idealnie równo”. Nawet jeśli jej samodzielnie myśląca córeczka traktowała tym podobne słowa z wyraźną dezaprobatą („ale mnie się takie nie podoba”) i niezmiennie wpadała w panikę („nie umiem wycinać ciasteczek, nie będę więcej ich robić”) to po pewnym czasie uspokajała się i Laura miała nadzieję, że z czasem ten czas będzie coraz krótszy. Próba przytulenia tak kojąca w przypadku gdy dziewczynka się uderzyła w sytuacji frustracji odnosiła przeciwny skutek, wywoływała tym silniejszą złość. Po wielu przerobionych kilkakrotnie na kulki ciasteczkach udało się ubranym w fartuszki dziewczynom zapełnić formę do pieczenia. Mama w fartuszku w serduszka i córka – fartuszek „Hello Kitty” stały spoglądając na szybę piekarnika za którą surowa masa przeistaczała się w chrupiące ciastko. Rafałek, który stał z nimi w fartuszku w Wikinga też miał na koncie kilka ludzików, kółek i trójkątów z ciasta. Chłopiec nie przejmował się tak brakiem idealnych proporcji w tworzonych przez siebie kształtach, szybciej jednak tracił zainteresowanie wypiekami. Najbardziej chyba lubił wałkować ciasto, choć Kamilka również była amatorką tego zajęcia. Laura patrząc na małą Gabrysią zastanawiała się już nad kupnem nowego wałka do ciasta. Warto wspomnieć, że cisnące się na usta rozwiązanie w postaci kupna małych „dziecinnych” wałków nie jest rozwiązaniem. Prawdą odkrywaną przez każdą mamę na własny rachunek jest to, że dzieci zdecydowanie bardziej interesują sprzęty oryginalne niż ich zabawkowe, bezpieczniejsze kopie. Dlatego też wymyślne, kolorowe, świecące i grające zabawki idą w odstawkę gdy na wizji pojawią się zabawki z prawdziwego zdarzenia, takie jak garnki, sitka, kubki, drewniane łyżki, chochle itp.
***