Mój tydzień „samodoskonalenia”

Wprowadziliśmy z mężem tydzień pracy nad sobą. Już wyjaśniam o co chodzi: wspólnie całą rodziną zastanawialiśmy się, jaka cecha każdego z nas jest najbardziej przykra dla innych, lub niszcząca dla danej osoby. Co ciekawe każdy zgodził się co do swojej najsłabszej strony. W przypadku Kamilki była to złośliwość, Robert miał przestać poszturchiwać dziewczynki, a ja zdaniem wszystkich powinnam nauczyć się mówić „nie”. Byłam dość zaskoczona, bo sama przypisałam bym sobie takie wady jak niecierpliwość czy brak spokoju, potrzeba bycia w ciągłym ruchu. Tym czasem dzieci choć ciągle mnie o coś „męczą” też chciałyby mieć wytyczone jasne granice. Moja uległość, która wynikała z potrzeby zaspokajania ich oczekiwań i po prostu miłości stała się z czasem pewnego rodzaju automatyczna. Do tego doszło całkowite „poświęcenie” swoich pragnień, których przestałam w końcu być świadoma. Wiedziałam czego chce mąż, czego chcą dzieci, czego oczekuje moja mama itp. Nie umiałam odmawiać, poddałam się. Teraz jednak zainspirowana artykułem w kobiecym czasopiśmie podzieliłam się moimi refleksjami z mężem. Tak narodził się pomysł pracy nad sobą, nad jedną rzeczą. Na początku myślałam, że mam najprostsze zadanie, cóż może być trudnego, w mówieniu „nie”? Okazało się jednak, że poległam przy pierwszej próbie. Chodziło o audiobooka, którego włączenia domagały się dzieci. Najpierw wytłumaczyłam im, że za kilka minut dojedziemy do domu i nie warto zaczynać nowej opowieści. Potem jednak gdy nalegały po prostu włączyłam odtwarzacz. Nie wahałam się ani chwili, działałam szybko automatycznie. Michał mnie złapał na gorącym uczynku. Mój optymizm dalej się utrzymywał, doszłam bowiem do wniosku, że teraz już będzie łatwiej. Następnego dnia czekała mnie najtrudniejsza przeprawa: kontrolowanie czasu gry na smartfonie. Dzieci potrafiły na mnie wymusić nawet 100% czasu, który mieli przewidziany. Problem narastał a ja czułam się bezradna, gdyż moje słowa nic nie znaczyły, miałam im wyrywać je siłą? Postanowiłam, że tego dnia będzie inaczej, jasno określiłam czas gry i zaczęłam odmierzać minuty, mówiąc dokładnie o której godzinie zaczynają i o której mają skończyć. Potem kiedy czas się kończył powiedziałam spokojnie, że zostało pięć minut, potem, że dwie…Byłam zaskoczona, że kiedy czas minął Robercik oddał mi komórkę. Niestety nie był to koniec moich zmagań z urządzeniem, gdyż zaledwie godzinę później synek zaczął mnie prosić o dodatkowy czas gry. Jak zwykle nie dawał mi spokoju, jęcząc mi nad uchem, uciekłam do łazienki. Kiedy wyszłam prosił nadal. Musiałam odmówić raz za razem ćwicząc swoją cierpliwość. W końcu przestał. Nastała cisza, cudowna, błoga cisza. Tym razem dałam radę. Nie krzyczę na dzieci, zawsze im tłumaczę powody, dla których czegoś nie mogą zrobić. Kiedy mimo to nalegają poddawałam się. Tym razem było inaczej.

 Jak idzie pozostałym? Kamilka nie miała zbyt wiele okazji do złośliwości, gdyż cały dzień spędziła na czytaniu książki. Jest w stanie przeczytać 300 stron jednego dnia. A ja myślałam, że jestem molem książkowym, no cóż nie daleko pada jabłko…itp. Tymczasem Klara zaczęła swoje szantażyki – „jeśli mi nie dasz komórki to…i tu następowała litania rzeczy od „nie będę Cię lubić” po „nie umyję zębów”. Tutaj także zachowałam konsekwentnie swoje stanowisko obiecując, że jutro będzie miała czas na grę na smartfonie. Tyle mówi się i pisze o uzależnieniu od smartfonów, facebooka itp. Lepiej więc zdusić nałóg w zarodku. Kamilka mimo większości dnia spędzonego z nosem w książce kilka razy się pozłościła – burza w szklance wody. Najmniejsze pole do popisu przypadło Michałowi gdyż przepadł na cały dzień w pracy. Nie miał więc okazji wykazać się powstrzymaniem od krzyczenia na dzieci.

Tak minęły nam pierwsze dwa dni z tygodnia „pracy nad sobą”. Mam nadzieję, że tydzień przejdzie w miesiąc i będziemy stawiać czoła kolejnym wyzwaniom. Pierwsze koty za płoty.