Laura skupiła się na działaniach codziennych, tworząc rytuały, które dawały poczucie bezpieczeństwa. Częścią tych rytuałów stała się modlitwa różańcowa, konkretnie nowenna pompejańska. Ostatnio wiele się mówi w środkach masowego przekazu o różańcu i jego sile oddziaływania. Laura wierzyła, że owoce tej modlitwy, w pewnym stopniu na pewno dla niej nie widoczne dadzą się odczuć w dalszej lub bliższej przeszłości. Jednego była pewna ta modlitwa dawała jej spokój, pewnego rodzaju ukojenie, nadzieję. Odkąd dzieci chodziły do szkoły Sióstr Salezjanek były otoczone ich modlitwą co było widoczne chociażby w ich rozwoju. Laura przyzwyczajona do rozmowy z opiekunkami dzieci o ich nieśmiałości czy nawet fobii społecznej ostatnio przeżyła kolejne miłe zaskoczenie. Jej najstarsza córka, ciesząc się niesłabnącą popularnością w klasie została wybrana na łącznika z biblioteką. Funkcja może nie specjalnie prestiżowa ale jednak – zaangażowanie w sprawy klasy. Lura która doskonale pamiętała dzień matki w Akademii Dziecięcej Bombolino kiedy to tylko jej dzieci nie brały udziału w przedstawieniu, nie mówiły wierszyków nie śpiewały, nie tańczyły tylko wtulone w jej spódnicę pochlipywały i kurczowo trzymały się jej. Czuła że pęka jej serce, bo nie wiedziała dlaczego dzieci tak bardzo boją się zabaw z innymi dziećmi, nie nawiązały więzi ze starającymi się przecież paniami przedszkolankami. Gdyby ktoś powiedział jej wtedy, że za kilka lat Monisia zgłosi się do konkursu głośnego czytania nie uwierzyłaby. Tymczasem córeczka zdołała już rozkochać w sobie pół klasy, aktywnie zachowywać się na zajęciach, oraz zdobyć narzeczonego. Piotrek klękną u jej stóp i podarował jej pierścionek. Od tej pory Monisia nie mówiła o nim inaczej niż „mój narzeczony”. Tak wczesne sympatie córki szły w parze z relacjami Krzysia, który już w przedszkolu wpadł w oko jednej z dziewczynek – Marlence. Laura nie mogła oprzeć się wrażeniu, że dziecko traktuje ją jak wyrocznię, stale szuka akceptacji w jej oczach a nawet się rumieni – jakby była jej synową. Oprócz tych symptomów posyłała Krzysiowi zachwycone spojrzenia, w ogóle najczęściej patrzyła na niego. Odkąd Laura zauważyła, że rodzice Marlenki również zauważyli co się dzieje z ich córką, starała się zbliżyć do nich i stwierdziła, że są to bardzo sympatyczni, mili ludzie, w dodatku mają podobne poglądy na życie a nawet podobne sympatie polityczne. Jeśli chodzi o najmłodsze dziecko to jako jedyne „rozwijało się bezproblemowo”, powszechnie lubiana, koleżeńska, a przede wszystkim uśmiechnięta Marysia zdobyła sympatię zarówno koleżanek jak i pań opiekunek. Wciąż jednak zdarzały się jej stłuczki, upadki, siniaki. Spadała z krzesła w najmniej oczekiwanym momencie, upadała na prostej drodze, uderzała się o kanty stolików. Laura widząc, że uszkodzenia nie są poważne zastanawiała się w jaki sposób przekazała córce taki gen. Ona też wywracała się w różnych okolicznościach, miała notorycznie skręconą kostkę, jakieś stłuczenia. Ostatnio spadła ze schodów, a wiele lat temu przed swoim ślubem z wysokiego krawężnika  co skutkowało tym, że do ślubu zamiast na obcasach szła w szerokich butach, które mieściły opuchniętą nogę w szynie. Teraz być może było to śmieszne, ale wtedy choć się tym nie przejmowała to jednak szkoda było nie potańczyć na własnym weselu. Od czasu ślubu z Michałem wypadki stały się rzadkością, pozostało więc mieć nadzieję, że i Marysia z wiekiem zacznie rzadziej zaliczać bliskie spotkania z twardymi powierzchniami. Przedszkole stanowiło dla Marysi bezpieczną przystań, a modlitwa sióstr i opieka patrona Jana Pawła II była widoczna. Właściwie wszyscy w rodzinie byli „na swoich miejscach”: Michał w pracy, którą wybrał zgodnie z zainteresowaniami, Monisia i Krzyś w ciepłych murach szkoły Sióstr Salezjanek, Marysia w przedszkolu im. Jana Pawła II. Tylko Laura gnana ciągłym niepokojem czuła, że marnuje czas czekając na coś. Nie wiedziała jednak co by to mogło być. Miała jeszcze dwa marzenia, no może trzy: jednym z nich było pisanie książek, drugim uczenie na uczelni, trzecim redagowanie czasopisma dla chrześcijańskich kobiet – takich, które nie szukają horoskopów, ani nie pytają o wróżby tylko chcą zaufać Panu.

Laura powtarzała codziennie zawołanie Jezu Ty się Tym zajmij! Akt zawierzenia właśnie tymi słowami został podyktowany księdzu Dolindo Ruotolo podczas prywatnego objawienia. Dolindo Ruotolo należał do Trzeciego Zakonu Św. Franciszka i był stygmatykiem. Ślady Męki Pańskiej pozostawały niewidoczne na jego ciele. Ojciec Pio uznawał świętość księdza Dolindo odsyłając do niego wiernych mieszkających w Neapolu, gdzie przebywał franciszkanin. Trwa jego proces beatyfikacyjny. Sługa boży pozostawił 33 tomy Komentarzy do Pisma Świętego. Znany był z dobroci okazywanej najuboższym oraz z doświadczania cierpienia – przez dziesięć ostatnich lat był sparaliżowany. Słowa Jezu Ty się tym zajmij są według samego Pana Jezusa „najskuteczniejszą modlitwą”. Modlitwa ta staje się aktem pełnego zawierzenia gdy odmawiana jest dobrowolnie w poczuciu wolności. Słowa te są aktem strzelistym podobnym do zawierzenia „Jezu ufam Tobie” i mogą być odmawiane wymiennie. Jest to jednak niezwykle trudne gdyż musimy zdawać sobie sprawę z tego, że nasze plany i marzenia mogą się nie spełnić a wszystko co dla nas szczególnie ważne potoczy się inaczej niż byśmy chcieli. W większości wypadków, o ile tak jest dla nas najlepiej nasze marzenia spełnią się. Bóg bowiem nie po to zaszczepia w nas dobre pragnienia by pozostawić je bez spełnienia. Przykładem z życia Laury było powstanie wspólnoty w jej parafii. Chociaż na razie składała się z kilku- kilkunastu osób to jednak ich zaangażowanie cieszyło serca.*

* Na podstawie książki Joanny Piątek "Jezu,Ty się tym zajmij"