Nie musisz liczyć minut, nie musisz czekać aż upłynie kolejne pół godziny, potem godzina, do snu. Nie musisz pozostawić czas nienaznaczony sensem, upływający jak spokojne fale oceanu. Nie musi tak być. Zmęczenie, zniechęcenie, rutyna to wszystko można oddać Jezusowi i poprosić go aby przemienił ten czas, który wydaje się taki pusty. Myślę o tych, którzy złożeni chorobą zmuszeni do bierności leżą i żyją, nie robiąc nieraz nic poza życiem właśnie. I wtedy widać jak wiele szczęścia mamy nie będąc przykutymi do łóżka. Zawsze możesz wysłać wiadomość do znajomego, wysłać buziaczka do ukochanego, pouczyć się nowego języka, przeczytać wartościowy artykuł, zrobić przelew na cele charytatywne, posłuchać dawno niesłyszanego kawałka, który kiedyś wzruszał, napisać parę słów na blogu lub portalu, pomóc dzieciom w odrabianiu lekcji, stworzyć nowy projekt, zadzwonić do przyjaciela. Życie mamy bez stałej pracy wydaje się nieraz nudne i przytłaczające, na zwolnionych obrotach odkrywając coraz to nowe pokłady cierpliwości. Bez wątpienia „piękne są tylko chwile” ale ten czas pomiędzy nimi też ma sens.

Kiedy czegoś tak bardzo pragniesz jak na przykład pracy trudno jest zaufać, uwierzyć, że może jeszcze nie czas, że będzie lepszy ,moment. Laura myślała o tym wysyłając kolejne cv. Niestety do tej pory nie było odpowiedzi. Cisza, milczący telefon, brak wiadomości na skrzynce mailowej. Kolejne zrobione  pranie, upieczone ciasto. A jednak czuła wyraźnie, że czegoś jej brakuje, że coś ją dusi. Jak by brakowało czegoś w powietrzu, czegoś ważnego, co sprawia, że łatwiej się oddycha. Praca umysłowa w  przeciwieństwie do fizycznej dawała jej dużą satysfakcję. Artykuły naukowe były ekscytujące, sprawiały, że szybciej biło jej serce. Podobnie jak poezja która precyzyjnie, jak nożem wykrajała z rzeczywistości równy kawałek, kwintesencję, istotę rzeczy. Już podczas wyboru tematu pracy magisterskiej Laura postanowiła, że będzie to poezja. Trzymała się obranego kierunku także w pracy doktorskiej. Wiele artykułów poświęciła twórczości Miłosza, Brodskiego, Kaczmarskiego, Wysockiego, Okudżawy, Kleyffa, Kelusa i Galicza. W pewnym momencie wszystko się skończyło, choć to pewnie początek czegoś nowego. Tyle, że tego nowego nie umiała na razie zdefiniować, odnaleźć.  To czas pomiędzy uśmiechniętymi zdjęciami, białe kartki papieru w księdze życia. Czas, który tak szybko ucieka kiedy jest nam dobrze staje się wrogiem kiedy robisz to czego nie chcesz – czekasz. Na maila ze zleceniem tłumaczenia, na telefon z prośbą o korepetycje, na chęć współpracy jednej ze szkół do której wysłała ofertę. Naprawdę działała na wielu frontach, z jednej strony własna działalność gospodarcza z drugiej projekty poprowadzenia cyklu zajęć dla szkół. Chciała opowiadać o Rosji, o języku, kulturze o tym co nas łączy. Chętnie pokazałaby dzieciom matrioszki przywiezione z Petersburga, pokazała filmik z Putinem dosiadającym wierzchowca jak szeryf z amerykańskiego westernu. Mogłaby zrobić trochę pielmieni, pokazać alfabet rosyjski i powiedzieć, że kawior to po rosyjsku dywan. Jest wiele podobnych słów kot to koszka, jabłko- jabłoko. Mogłaby odegrać śmieszne scenki kukiełkami Maszy i Niedźwiedzia. Nie brakowało jej pomysłów, a oferty były ściśle uzależnione od wieku słuchaczy. Starszym dzieciom chciała dać posłuchać Ałłę Pugaczową, przypomnieć kawałki Galicza, Okudżawy i Wysockiego. Chętnie też urządziła by slajdowisko o grodzie Piotra Wielkiego. To miasto kiedyś ją zachwyciło i marzyła by pokazać je kiedyś swoim dzieciom. Mogła pracować jako przewodnik, ale nie miała niestety siły a ciągłe choroby gardła nie pozwalały na przemawianie na wolnym (zimnym i mokrym o tej porze roku) powietrzu. Na razie krople czasu opadające z pluskiem na jej dłoń, na razie niejasne, zamazane kontury marzeń, i skryta głęboko nadzieja, że coś się wyjaśni, rozjaśni tak by mogła powiedzieć „jestem na swoim miejscu”.