Olga Lewandowska

Prawa ręka, lewa ręka – czyli historia pewnej rodzinki.

 

Odcinek 15.

 

W teorii wszystko jest proste, miłość Boża wystarcza, ale gorzej gdy jesteś na odwyku czujesz, że nie masz siły na oddech, męczy cię podniesienie powiek, bolą oczy. Magda była od dwóch dni na odwyku, a już czuła jakby od czasu kiedy postanowiła pod kontrolą lekarza odstawić leki minęło co najmniej kilka miesięcy. W ciągu tych zaledwie 72 godzin stała się zmęczoną, zgarbioną staruszką i bardzo jej się trzęsły ręce. Nie czuła się na swoje 30 lat, raczej jakby życie ciągnęło się już kilkadziesiąt lat, chciała z niego wysiąść jak wysiada się z pociągu, zostawić wszystkich, którzy ją skrzywdzili, wszystkie sprawy, które przypominały węzeł gordyjski. Nie zdecydowała się jednak, na żaden drastyczny krok, po prostu leczyła bezsenność, a potem depresję. Chodziła na spotkania, spisywała wspomnienia, modliła się. Kiedyś Bóg był tak bliski, a Jego obecność tak wyraźna. Ten czas jednak minął, a ciemność zdawała się nie mieć kresu. W teorii wydawało się to proste, czas pustyni, zawierzenia się miłości Jezusa, oddania mu swojego cierpienia, modlitwy i czekania aż z Tego stanu wyprowadzi ją Jego łaska. Wszystkie rozmowy z terapeutami, leki przeciwdepresyjne nie dawały trwałego rezultatu. Nie mogła znaleźć kierownika duchowego, choć ciągle próbowała, rozmawiała z kolejnymi spowiednikami o swoich trudnościach, wątpliwościach. Jeśli następowała poprawa, było to chwilowe i krótkie jak zaczerpnięcie oddechu gdy nurkujesz i na chwilę wychylasz głowę by zaczerpnąć powietrza. Różaniec był właśnie tym powietrzem, a zwłaszcza nowenna Pompejańska. Magda nie chciała wpaść w nałóg, wręcz przeciwnie, robiła wszystko aby żyć bez uzależnień. Wolność, możliwość wyboru, wydeptywania własnej ścieżki zawsze była dla niej niezwykle cenna. Normalne życie było dla niej nieosiągalne i tego chyba nie da się zmienić. Jednak zawsze starała się być silna i mimo częstego uczucia smutku, zmęczenia i niekończących się chorób różnego rodzaju zachowywała pogodę ducha, aż w końcu coś się złamało. Dzieci stanowiły najjaśniejszy punkt na jej widnokręgu i to przede wszystkim dla nich postanowiła zacząć zmniejszać dawkę leków nasennych. Wiedziała, że z czasem będzie musiała zwiększać ich dawkę. Zaczęły się kłopoty z pamięcią, z koncentracją. Nie mogła przestać myśleć o tabletkach i od rana liczyła godziny i minuty do wieczora. Gdy dzień się zaczynał marzyła tylko o tym by się skończył. Przetrwać, przeczekać z czasem miało być lepiej. Tymczasem z każdym dniem dźwięki dochodzące z otoczenia były bardziej wyraziste, ostre, uderzały tak, że kuliła się w sobie. Wiara w siebie i sens takiego dryfowania na powierzchni życia słabła. Na zewnątrz wszystko wyglądało dobrze- rodzina, mąż, dzieci. Tylko w niej piętrzyły się chmury, tylko znią było niedobrze i coraz trudniej było to ukryć przed światem. Poezja, muzyka, którą tak lubiła stały się obojętne, ludzie nawet najbliżsi męczyli swoją obecnością, drażniło wszystko. Byle szczegół wyprowadzał z równowagi, a każdy wybuch złości powodował tylko nasilenie poczucia winy, które i tak było wszechogarniające. Kiedyś starała się być dla siebie dobra, ćwiczyła codziennie, chciała ładnie wyglądać, używała perfum. Teraz nie mogła się oprzeć poczuciu bezsilności, słowa przelewane na papier miały przynieść ulgę, nie wielką. Tak trudno jest wytrwać w zaufaniu. Poruszyły ją słowa z Biblii, mówiące, że wielu Izraelitów „pomarło na pustyni”. Można mieć odwagę wyjść z Egiptu i przejść przez Morze Czerwone, ale nie wytrzymać braku ożywczej wody na pustyni. Nie wytrzymać codziennego trudu wędrówki przez spaloną ziemię, bez widocznego celu, bez znanego kresu. Nie wiedząc ile jeszcze będzie takich samych dni, podobnie długich i samotnych. Można iść za Bogiem i dać się mu prowadzić, modlić się do Niego i czekać, ale mimo to w pewnym momencie się załamać. Można wspominać Jego wielkie wsparcie, cuda, doświadczenia Jego bliskości. Magda modliła się o wytrwałość i czekała, aż jakaś oaza zamajaczy na horyzoncie, pojawi się jakiś mały cel, punkt orientacyjny, nadzieja ocalenia.